W głąb mitologii Słowian

W Tarace od przedwczoraj są dwie pierwsze (pierwsza i druga) części rozprawy Grzegorza Niedzielskiego pt. „Ogień i woda. Klucz do indoeuropejskiej mitologii Słowian”. Cześć I: „Mord założycielski”, część II: „Królowie z gwiazd”. Autora nie znałem wcześniej. Kilka dni temu napisał do mnie, czy zgodzę się zamieścić jego teksty w Tarace. I ku mojemu dobremu zdumieniu na mój dysk spłynęło ta arcyciekawe dzieło! Które ma jeszcze trzecią część, „Koło czasu”, której redakcja jeszcze trochę potrwa z powodu mnogości rysunków. Na papierze byłaby to książka, choć nie bardzo gruba.

Kluczem do mitologii Słowian są nie tyle tytułowe żywioły, ogień i woda, tylko mity zapisane przez Wincentego Kadłubka w Kronice Polskiej – gdzie po raz pierwszy pojawia się tzw. krakowski cykl legend, z Krakiem-”Grakhem”, smokiem i Wandą (która tam jeszcze nie skacze do Wisły – uczyni to dopiero w późniejszej Kronice Wielkopolskiej). Kronika Kadłubka jest mniej znana i czytana od pierwszej polskiej kroniki Galla Anonima, zapewne z powodu ciężkiego zawile manierycznego stylu, który wcale nie staje się jaśniejszy po przełożeniu z łaciny na polski. Możemy próżno zazdrościć Wschodnim Słowianom, że ich kroniki, jak i cała wczesnośredniowieczna literatura, były pisane po słowiańsku.

Historie „Grakha” i jego bratobójczych synów, Lestka, Popiela i Wandy są autorowi ledwie punktem wyjścia do strukturalnych i astralistycznych analiz, które prowadzą go daleko poza Słowian – bo są w istocie próbą przedstawienia „ogólnej teorii pierwotnego mitu początków”. A Słowianie są tu ledwie pretekstem.
„Ogień i woda” należy więc do „mito-logii”, w sensie nauki o mitach. Dla uniknięcia pomieszania proponowano dla tego nurtu mniej myląca nazwę mitozofia. Mitozofia jest jedną z ulubionych dziedzin Taraki: zajmowali się nią Artur Kowalik (Zarys kosmologii dawnych Słowian), Grzegorz Antosik (Tropem świętokrzyskiego jelenia), Jacek Dobrowolski (Rozprawa z Rarogiem), a także wielokrotnie niżej podpisany. Omawiana rozprawa Grzegorza Niedzielskiego najbardziej przypomina inne dzieło z tej dziedziny, mianowicie „Herby, legendy, stare mity” Marka Cetwińskiego i Marka Derwicha. Jak Niedzielski z legend Kadłubkowych, tak tamci autorzy ze strzępów legend herbowych wyciągają daleko idące wątki i wnioski; daleko – bo aż do horyzontu tego, co się w ogóle sensownie da o mitach powiedzieć.

Powstaje dość podstawowe pytanie: czy te próby – Cetwińskiego-Derwicha, Kowalika, Niedzielskiego – faktycznie re-konstruują dawną słowiańską mitologię? Re-konstruują, więc odbudowują, odtwarzają z zachowanych ułomkowych zabytków? Czy po lekturze mogę już powiedzieć: tak, teraz już wiemy, lub: wiemy więcej, jakie mity – jakie święte opowieści objaśniające świat i jego początki – opowiadali sobie dawni Słowianie, a przynajmniej dawni Polacy?

Odpowiedź brzmi, dość oczywiście: nie, nadal nie wiemy! Dostajemy co najwyżej coś w rodzaju logicznego przewodnika po zachowanych fragmentach. Co też jest dobre, bo możemy się natkąć na nieznany dotąd fragment (jak ja się natknąłem na ukraińską kolędęHoryły wohni”) i okaże się, że pasuje on do poznanych schematów. Zawsze to jakaś satysfakcja.

Słowiańskie mity, podobnie jak słowiańskie kulty, pozostają nieznane. Zrekonstruować mógłby je tylko, chyba, jakiś jasnowidz w procesie podobnym do odkrywania świętych tekstów (terma) w Tybecie. Oczywiście, nie uwierzymu mu! – że to autentyki, i ktoś taki będzie dla nas zaledwie snującym fantazje poetą, chociaż z innego punktu widzenia będzie to kolejna odsłona i odnowa wędrującego przez czas mitu. To co ma do powiedzenia nauka, ma dość ograniczoną na tym polu efektywność.

Ale czy nauka? Czy wywody Cetwińskiego-Derwicha, Kowalika, Niedzielskiego, a dodając tych największych, także: Eliadego, Dumezila, Toporowa, Gieysztora, Mieletyńskiego, Campbella – są „naukowe”? Eliademu zarzuca się, że to tylko z analizy mitów wyjmuje, co sam przedtem włożył, że wnioski są równe założeniom – a cała jego nauka o mitach i religiach służy mu tylko jako ilustracja jego „prywatnej religii” – „eliadyzmu”, z takimi postaciami jak Wielka Matka, Deus Otiosus, Bóg-Syn Zmartwychwstający i t.d. Więc czy mitozoficzne analizy nie są w ogóle tak głoszonymi religiami ich autorów?

Druga wątpliwość jest ta, czy mitologie tu rozważane są w ogóle „słowiańskie” lub „indoeuropejskie”. Bo pole rozważań szybko opuszcza materiał słowiański lub brany z twórczości ludów języków indoeuropejskich. Staje się ogólnoludzkie lub raczej ogólno-arktogeiczne, od nazwy Artkogea, nietropikalnej strefy półkuli północnej, czyli „ziem, gdzie żyją niedźwiedzie”. Tak samo, podobno, schematy Dumezila w zamierzeniu dotyczące mitologii Indeoeuropejczyków, okazały się, primo, nie sprawdzać się u niektórych i.e. gałęzi, przede wszystkim u Greków, secundo, pasować do wierzeń nie-Indoeuropejczyków, jak Turcy i Chińczycy. Czy ktoś pod kątem mitozoficznym analizował Biblię? Bo jestem przekonany, że okazałaby się ona „bardzo indoeuropejska”!

To łączy się z moim przekonaniem, że o ile jest sens mówić o językach słowiańskich i indoeuropejskich (na pewno nie ma ani jednego języka, co do którego byłyby wątpliwości, czy jest słowiański czy inny; prawdopodobnie nie ma też takiego którego indoeuropejskość byłaby niepewna) – to nie widać sensu w wydzielaniu jakiejś kultury indoeuropejskiej, a także kultury słowiańskiej. Nie widać treści, choćby w mitologiach, które byłyby wspólne Rzymianom, Grekom, Celtom, Germanom, Irańczykom, Indom – i zarazem nie występowałyby gdzie indziej, więc u Sumerów, Żydów, Chińczyków, ludów Syberii, Ameryki Pn. itd. Jestem przekonany, że kultura (wymyślonych!) Indoeuropejczyków sama jest współczesnym mitem podawanym na naukowej tacy. Też (choć moje kompetencje są niewielkie, bo nie mam wykształcenia w tej dziedzinie) wydaje mi się wątpliwe, że języki indoeuropejskie wywodzą się z jednego źródła, pochodzą od jednego przodka, czyli języka ludu „Pra-Indoeuropejczyków” – przeważnie lokalizowanego gdzieś między Dnieprem a Wołgą, co dla mnie brzmi niedorzecznie. Jeśli nie od jednego pra-języka, to od czego – ktoś sensownie zapyta? – Od językowej ligi, takiej która istniała nawet przez tysiąclecia, łącząc języki pochodzące z różnych rodzin, mające wcześniej rozbieżną historię; języki te wymieniały się słowami i figurami gramatycznymi (jak my od Anglików przyjęliśmy niemożliwą do niedawna po polsku składniową figurę w rodzaju „Sopot festiwal”), po czym w jakimś stopniu znów się rozeszły. Ta pre-i.e. liga – nie prajęzyk! – istniała w rejonie bałkańsko-egejsko-anatolijskim, powiedzmy, od Karpat do Eufratu. Wspólne miała liczebniki i nazwy pokrewieństwa, co nie przesądza posiadania wspólnego przodka. – Ale to inna historia.

Co nie zmiania, że opowieści o mitach mają moc i magię, wciągają… – a ich małą naukowość możemy im darować, ostatecznie sama nauką człowiek się nie wyżywi.

Wojciech Jóźwiak, 18 listop. 2008

2 Komentarze

  1. swiatducha
    Napisano poniedziałek 24, listopad 2008 o 13:00 | Permalink

    Teksty doskonałe!

    Może istotnie nie ze stricte naukowego punktu widzenia, ale dusza bardzo dobrze je chłonie. Takie teksty dają głębię duszom, przydają korzeni, bez których trochę trudno iść w górę [jak to Hellinger napisał "bez korzeni nie ma skrzydeł"]

    Pokora dla ego i wzmocnienie dla duszy pochodzą ze wskazania dokonań przeszłych pokoleń. I to w obszarach niekoniecznie na dzisiaj tak atrakcyjnych, jak rozwój technologiczny. Dusza niespecjalnie się interesuje technologią, na tyle może, na ile technologia jest w stanie wesprzeć jej poruszenia. Np. jeśli technika jądrowa – fajnie, ale bardziej w bombie atomowej niż w elektrowni jądrowej.

  2. Gonella
    Napisano niedziela 26, kwiecień 2009 o 21:40 | Permalink

    Podziwiam wszystkie Pana teksty,czyta się je jednym tchem i aż nie mogę się sama sobie nadziwić jak bardzo mnie to pochłonęło…


Napisz komentarz

Twój e-mail nie jest nigdy publikowany ani udostępniany. Pola obowiązkowe zostały oznaczone *
*
*