Leszek Moczulski w swojej świetnej książce (księdze!) „Narodziny Międzymorza” wyjaśnia zagadkowy fakt, że Bolesław Chrobry po tym jak wtrącił się w interesy swoich kijowskich krewnych, bierze pod swą zwierzchność Grody Czerwieńskie, czyli grupę osad w górnym biegu Bugu. Pośrednio, owo pojawianie się Górnego Pobuża w dawnych źródłach, zwraca uwagę na to, że równocześnie w tych samych kronikach nic nie mówi się o ziemiach dalej na południe i południowy wschód, tak jakby ich nie było. Obecność Grodów Czerwieńskich pośrednio ujawnia białą plamę w miejscu późniejszej Rusi Czerwonej – Haliczyzny. Moczulski wyjaśnia: omijano tę ziemię, ponieważ tam siedzieli Pieczyngowie! Dlatego za pierwszych Piastów droga do Kijowa nie szła z Krakowa prosto na wschód wzdłuż skraju Karpat, tylko błądziła daleko na północ obrzeżami Polesia. Dlatego przez pierwsze wieki formowania się państw w Kijowie, Iskorostieniu, Połocku, Gnieźnie i Krakowie, późniejsza Ruś Czerwona nie brała w tym udziału.
Pieczyngowie byli jednym ze stepowych, „konnych” ludów z rodziny tureckiej. W krainie nadczarnomorskiej pojawiają się w latach 800-ych. Około roku 894 wyganiają za Karpaty swoich głównych konkurentów Węgrów. 70 lat później wspierają Światosława gromiącego Chazarów, ale w 972 biją jego. W 1036 ulegają Jarosławowi wspartemu przez nowych przybyszów z Azji, Połowców, po czym uchodzą na południe za Dniestr i wikłają się w politykę bułgarską i bizantyjską, nie kijowską. Podobno ich potomkami są Gagauzowie, dotąd mieszkający w Mołdawii i wyznania prawosławnego, ale zachowali własny język, na tyle podobny do współczesnego tureckiego, że podobno wyjeżdżając do pracy w Stambule, nie muszą się języka uczyć.
Można domyślać się, że obszar około 1000 roku zajęty przez Pieczyngów miał mieszaną ludność słowiańską i turecką (pieczyńską), albo raczej słowiańska uprawiająca ziemię większość zrzucała się na pasących konie Pieczyngów. Problem za to taki, że właśnie z tamtej ziemi i czasu pochodzi Słup-Światowid znad Zbrucza, uważany za arcyzabytek słowiańskiej rodzimej wiary, zwłaszcza przez nas Polaków, którzyśmy go – lachy chytre – podprowadzili nieświadomym Ukraińcom. Jak to mogło być? Czy Słowianie zbudowali ten imponujący monument pod okiem Pieczyngów, tylko dla siebie? I według czysto własnych pomysłów i wzorów, a Pieczyngowie się do tego przedsięwzięcia nie mieszali? Nie interesowało ich, co robią ich poddani? Taki wariant właściwie można z góry odrzucić. Prawdopodobniejsze raczej wydaje się, że Słup ze Zbrucza i sanktuarium na górze Bohit było próbą stworzenia, wspólnie przez Pieczyngów i Słowian, kultowego ośrodka konkurencyjnego wobec coraz bardziej rosnącego w siłę i dokuczliwego dla stepowców, chrystianizującego się Kijowa. Budowa tego sanktuarium musiała być przecież przedsięwzięciem politycznym. I teraz pytanie: ile w tym sanktuarium i w samej figurze (800 lat później nazwanego tak) Światowida było słowiańskiego, ile tureckiego? W stosunkach ze Słowianami, Turcy (nie późniejszych Osmanów tak określam, tylko wszystkich mówiących tureckimi językami), jeśli nie byli wrogami i grabieżcami, to byli starszymi braćmi, nosicielami wyższej, bardziej rozwiniętej kultury. Jako turecko-słowiańska hybryda powstał przynajmniej jeden naród: Bułgarzy. Czy Światowid z góry Bohit jest świadkiem próby tworzenia podobnego narodu z turecką głową i słowiańskim ciałem – na Podolu?
Światło na to rzucić by mogło przeszukanie – po raz nie wiedzieć który, pod tym nowym kątem – samej tej rzeźby. Należałoby ją porównać, ale nie z tym, co „słowiańskie” lub „indoeuropejskie”, ale z tym co tureckie. Jak dotąd, turecki stepowy wątek w poszukiwaniach słowiańskich korzeni jest uporczywie pomijany. Przed tym, co tureckie, zasłaniamy oczy, dajemy złym mitom sobą rządzić… Ale to osobna historia.
Wojciech Jóźwiak
w dniu Chaotycznie-Dyskordialnie uroczystym, 23 listop. 2008
5 Komentarze
A gdyby tak sięgnąć jeszcze dalej, na inne tereny, które w prosty sposób nie są związane ze Światowidem i Słowiańszczyzną. Zastanawiającą sprawą jest, że wszystkie znane mi zródła opisujące Światowida, zgodnie podaja, że trzyma on w ręku róg do picia (symbol obfitości, względnie naczynie przeznaczone do składania płynnych ofiar). Na stronie Muzeum Archeologicznego w Krakowie, znajduje sie dokładniejszy opis posągu Światowida “Za postać frontalną powszechnie uznaje się tę, która posiada największą głowę, a w jej prawej ręce umieszczono, odwrócony otworem w prawo, róg”. Jednomyślnosc w opisach, że atrybut trzymany w reku jest rogiem, nie musi być oceną ostateczną. Ja jestem zdania, że może to być fajka do palenia. Na wizerunkach z Indii, Shiva przedstawiany jest z identycznie wyglądajacym przedmiotem w ręku, który jest fajką, nazywa się chilam lub chillum i jest jednym z atrybutów Shivy. Nazwa Shiva oznacza “najwyższy” ale istnieje również inna interpretacja drawidyjskiego słowa Siva “byc czerwonym” i jest ekwiwalentem Rudry “czerwony” z RigVedy. Chilam, gliniana fajka do dziś używana przez Sadhus w Indiach do palenia i wdychania odurzających substancji, dzięki którym uwalniają się oni z więzów otaczającego świata, udajac sie w rejony głebi duchowej i stajac się całkowicie Shivą, Najwyższym. Wizerunki kamiennych Bab, Światowida, moga równie dobrze być symbolem Najwyższego, który na innych terenach nazywany był Rudrą, Shivą, a jeszcze wcześniej w czasach wierzeń animistycznych był celem wędrówek kapłanów, szamanów i przewodników duchowych.
Ostatnie badania w jaskini Altimira w Hiszpanii sugeruja, że malowidła na ścianach były nanoszone, zmieniane, przerabiane i domalowywane na przestrzeni 20 000 lat. Najstarsze z nich były sprzed 25-35 000 lat, natomiast najmłodsze sprzed 11 000 lat. Dwadziscia tysiecy lat, jest prawdopodobnie wystarczajacym okresem czasu, aby kultura, zwyczaje, obrzedy i tradycje rozprzestrzeniły sie wraz z przemieszczającymi się ludzmi, na obszar obejmujący niemal cała kulę ziemska. Jeżeli przyjmiemy, że Światowid trzyma w ręku fajkę jako symbol ekstatycznej wedrowki ku Najwyższemu, to podobny atrybut odnajdziemy zarówno u Indian amerykańskich, szamanów syberyjskich jak i najstarszych plemion zamieszkałych na ziemi. Nasze Słowianskie wierzenia, praktyki i zwyczaje moga niewiele różnić się od praktyk najstarszych plemion Adivasi w Indiach, Aborygenow w Australii czy prehistorycznych mieszkańców Afryki. Barierą jednak w dotarciu, odtworzeniu i zrozumieniu wierzeń, praktyk i obrzędów naszych przodków jest ugruntowane przeświadczenie, że im dalej w przeszłość tym nasi przodkowie byli bardziej prymitywni i barbarzyńscy. Tymczasem okazuje sie coraz częściej, że na podobienstwo fal oceanu, które wypływaja i wracaja do źrodla, nasza cywilizacja i kultura jest tylko jedna z takich fal. Pozostaje jednak pytanie czy niesiemy ze zródła swieży dopływ, czy oddalilismy się tak daleko, że wracamy, niosąc ze soba, zebrane z powierzchni zanieczyszczenia.
Mira
Miro, mnie róg mniej kojarzy się z rogiem obfitości i naczyniem do picia, a bardziej z trąbką: “miałeś chamie złoty róg”. Jak poszłoby odczytanie Światowida, gdyby jedno z czterech jego współbóstw stało z rogiem do trąbienia?
Wojciech Jóźwiak scripsit
Jeżeli byłaby to trąbka, róg do trąbienia, mogłoby to sugerować grupy nomadów, hodowlę bydła, polowania i zdecydowanie patriarchalną strukturę w której zwyczajem było kupowanie żon (jako własności i niewolnicy). W takim społeczeństwie Światowid byłby symbolem absolutnej władzy, nieznoszącej konkurencji. Zdecydowanie taki krajobraz nie jest słowiański, moim zdaniem.
Kult kobiety, który przetrwał w Polsce, wprawdzie pod przebraniem i zmienionym imieniem, jest świadectwem społeczeństwa agrarnego, w którym kiedyś dominującą rolę pełniła kobieta. Jeszcze w czasach starożytnej Grecji, boskie istoty rozmnażały się w sposób aseksualny (Parthenogenesis) z niezapłodnionego jajeczka. Zeus wprawdzie miał dzieci ale ich matką nie była Hera, natomiast Hera była matką dzieci, których ojcem nie był Zeus. Związek patronów małżeństwa, Zeusa i Hery jest podobny do legendy chrześcijańskiej o poczęciu przez dziewicę. Ale do krajobrazu polskiego bardziej odpowiadałby mi Światowid z fajką (na podobieństwo Shivy), którego partnerką powinna być postać Shakti, bogini matka i źródło duchowości. Podobnie jak w hinduiźmie czarne boginie, Durga i Kali, tak w chrześcijańskiej Polsce czarna Madonna, musiały mieć wspólny prototyp.
Wojtku, wydaje mi się, że problem leży teraz w odnalezieniu żony/partnerki Światowida. Wtedy cały krajobraz przybierze bardzo słowiański charakter.
Mira
Miro, postaci na fasadach Światowida trzymają nie tylko róg, ale i koło-pierścień. Trzymanie przez bóstwa jednego przedmiotu kołowego, drugiego wydłużonego, ma długą tradycję. Bogowie Egiptu trzymali pętlę sznura mierniczego i kij (laskę, różdżkę). Pętlę i kij trzyma słynna Inanna, która (o, nieszczęsna!) stała się wzorem dla Diabła tarotowego. (Pisałem kiedyś o tym w Tarace.) Pierścień i różdżkę trzyma Magik z tarota. Ten róg jednak jest naczyniem do picia, nie fajką ani trąbką – co mi się podoba, bo piję, a nie palę. Żony nie ma potrzeby Światowidowi szukać, bo (A) potrzebowałby ich czterech, gdyż ta rzeźba nie jest 1 bogiem tylko 4-ma; (B) bogowie ze Światowida już żony jawnie mają – są one wyobrażone na 2-gim poziomie posągu od dołu. Są tam 4 postaci, z których przynajmniej dwie mają piersi, a dwie pozostałe mogły mieć dawniej – w każdym razie wyglądają podobnie jak tamte upierśnione. Pozdrawiam – ~Wojtek Jóźwiak
Musimy zdać sobie sprawę z tego, że symbole reprezentują a często ukrywają w sobie, bardzo wysoki poziom wiedzy z niezwykle odłegłego starożytnego czasu. Nie są one materializacja naiwnych ani prymitywnych przesądów, jak to jest czasem powszechnie rozumiane. W czasach kiedy zabrakło tych, którzy rozumieliby znaczenie, ukrytą mądrość i naukę plynaca z zachowanych symboli, przybierały one zupełnie inne znaczenie w umysłach tych, którzy je powielali. Czasem, jak to znamy z historii, stawały się wręcz zaprzeczeniem pierwotnego znaczenia. Droga do zrozumienia wiedzy zakodowanej w najstarszych symbolach, jest jak droga przez labirynt (który sam w sobie jest niezwykłym symbolem, reprezentacją rytualnego doświadczenia Yogi). Za każdym razem, gdy wydaje nam się, że jesteśmy bliżej prawdy i poznania, gubimy drogę w labiryncie i musimy wrócić aby wybrać inny kierunek. Ci co pokonują przeciwności, podążając droga labiryntu, na koniec docierają do “centralnego miejsca”, które okazuje się być ich własnym centrum. Pozostali odnajduja siebie na drodze, ktorą symbolizuje jedno z ramion swastyki albo symbol podwójnej siekiery (występujący w przedceltyckiej północnej Europie), na drodze, ktora nie ma końca.
pozdrawiam,
Mira