Najpierw czytałem „Ogień i wodę” Grzegorza Niedzielskiego, potem jeszcze raz czytałem ten tekst, ale uważniej, kiedy składałem go do Taraki, potem poczuwszy głód źródeł, zabrałem się za Dumézila „Bogowie Germanów”, jedynej (chyba, jak dotąd) przetłumaczonej na polski książki francuskiego mistrza mitologii porównawczej. U Dumézila jest, w najtelegraficzniejszym skrócie, koncepcja trzech „gatunków” bóstw (lub, w przeróbkach, bohaterów), które z Białoszewskim mi się kojarzą: od sufitu od dębu od marchwi, czyli bóstwa magów-kapłanów, wojowników-królów i bóstwa dbającego o bydło i skarby stanu trzeciego. Brahminów, ksztarijów i wajśjów. Jakoś nie mogę się zgodzić, żeby ten trójpodział był ściśle i tylko indoeuropejski. Czy staranna analiza nie wykryłaby go np. w Biblii czyli u Semitów? Prócz trójpodziału, Dumézil rozważa motyw wojny integracyjnej, w której bój toczą z jednej strony połączeni (boscy) rycerze i magowie, z drugiej strony, przeciw nim śmiertelnie z nimi skłóceni, boscy zbieracze płodów ziemi. Czyli Rzymianie z Sabinami lub Asowie z Wanami. W Biblii Mojżesz w swej podwójnej roli maga i wodza, i to wodza zwyciężającego magiczną siłą (morze rozstępujące się, wzniesione ręce natychające wojów do zwycięstwa…) ewidentnie reprezentuje Asów, lecz kiedy udaje się na szczyt góry na rozmowy z Jehową, w obozie podnoszą głowę czciciele Złotego Ciołka, więc notoryczni Wanowie, na których czele staje jego brat Aaron. Wojna zauszników Mojżesza Lewitów (czcicieli Miedzianego Węża) z nieszczęśnie rojem kładzionymi trupem czcicielami Złotego Cielca coś jednak ma z tych asowsko-wanowskich (lub rzymsko-sabińskich) wojen, tyle że zabrakło Sabinek! Czyli kobiet kładących kres laniu krwi. A może są, ukryte gdzieś w tej przepastnej księdze, podobno wielokroć starannie poprawianej przez jahwistów w duchu ich jedynie słusznej ideologii. Czy gdzieś w polskiej mitologii są te wątki, a z braku mitów, w zwykłej literaturze? Bo są w literaturze światowej nawet tej całkiem nowej, trójpodział choćby u Tolkiena (który pewnie czytał Dumézila), gdzie z brahminów jest czarodziej Gandalf, z kszatrijów ukryty król Aragorn, wajśjów reprezentują Hobbici z Frodem na czele. I zgodnie z najsłuszniejszą logiką mitu, właśnie wajśja (czyli Frodo), jako mający najwięcej wspólnego ze skarbami i złotem, odniesie i zniszczy złowieszczy pierścień. Wojna integracyjna wydaje się być szczególnym przypadkiem szerszej kategorii mitu integracyjnego. W polskiej literaturze mamy go, choćby w „Chłopach” Reymonta, gdzie rzecz jest o małżeństwie, nieudanym i daremnym, Starego Siewcy-Saturna z młodą Wenus, której seksualne rozognienie grozi chaosem w gromadzie, więc w końcu wygnana. Symetrycznym odbiciem tego wątku wydaje się „Lalka” Prusa, gdzie też pożądana a nieudana integracja jest zobrazowana jako nie mogące dojść do skutku połączenie Wokulskiego z Izabelą, tym razem nie skutkiem nadmiaru libido w niewieście, ale wręcz przeciwnie. Ciekawym jest Wokulski, który w sobie samym na wiele sposobów integruje kszatriję z wajśją (Asa z Wanem), bo będąc szlacheckiego (choć ubogiego) urodzenia (więc ksztarija) udaną karierę robi jako kupiec-wajśja, po drodze dając dowód rycerskiego męstwa w powstaniu, ale pieniędzy dorabia się na zaopatrzeniu rosyjskiego wojska, więc w zajęciu tyle wajśjowskim co (z racji ryzyka i wojny) ksztrijowskim. Do zintegrowania wszystkich trzech stanów w sobie zabrakło Wokulskiemu chęci kobiety z najwyższej sfery. Na tym tle przypomina się „Pan Tadeusz”. Mnie kiedyś w tamtym arcydziele Mickiewicza uderzyła totalna dezintegracja, jeśli chodzi o życie rodzinne bohaterów. Nie wiem, czy ktoś to zauważył wcześniej, ale i mało o tym czytałem. Popatrzmy. Sędzia, w którego domu akcja się dzieje, jest nieżonaty i o jego ewentualnych związkach z kobietami Poeta nie mówi bodaj nic. Za to jego brat Jacek vel Ksiądz Robak miał w życiu kobiety przynajmniej dwie: jedną Ewę zabójczo kochaną (dosłownie, bo zabił jej ojca), drugą nieznaną z imienia i zmarłą, z którą spłodził syna Tadeusza, którego jednak synostwo jest niekompletne, bo ów ojca nie zna, a o obecnym na miejscu w księżym przebraniu, nie wie; chowany zaś przez bezżennego stryja. Bardziej dotkliwa dezintegracja jest udziałem drugiej rodziny, wyłącznie żeńskiej, więc jakby z Wanów, podczas gdy Soplicowie są raczej za wojowniczych i duchownych (w osobie Jacka jednocześnie!) – Asów. Niespełniona kochanka Jacka, Ewa, młodo umarłszy zostawiła córkę mianą z innym (nie pamiętam, z kim), którą wychowuje jakaś jej nieokreślona krewna Telimena, w naszych pojęciach kobieta wyzwolona, ale na tamte czasy „konduity” na tyle podejrzanej, że ktoś, czy nie Boy? – nazwał ją pobłażliwie „petersburską metresą”. Z drugiej strony, Wanami są zaściankowcy Dobrzyńscy i ich wojna z Soplicami, w której pogadza ich wspólny wróg-Moskale, ma cechy integracyjnych bojów asko-wańskich. Zarazem tamta waśń rodów zmierza do przezwyciężenia w małżeństwie Tadeusza i Zosi, przy czym dziwi zupełna nieświadomość młodych co tragedii, które się za nimi ciągną i których są przecież owocem. Tylko co autor chciał przez to wszystko powiedzieć? Zastanawiam się od dawna i ciągle nie wiem, jaką ideę Mickiewicz zakodował w tej historii dwóch rodzin-nie-rodzin, rodzin praktykujących rodzinne pozory, a nie będących rodzinami, skutkiem głębokich dezintegracji, zbrodni i pomieszania rodzinnych ról? Trzeba jeszcze tę intrygę widzieć na tle tradycyjnego ethosu szlacheckiego, gdzie rodzinne więzy były wszystkim, na czym trzymał się społeczny ład. Co Mickiewicz tu zakodował, jaką naukę, jaki przekaz?
Wojciech Jóźwiak, 24 listop. 2008