W podobnym czasie na marginesie mainstreamu nauki pojawiły się dwie przewrotne i rewolucjonizujące koncepcje. Pierwszą było pojęcie memu, które rzucił Richard Dawkins w 1975 roku przy okazji swego słynnego samolubnego genu. Drugą była idea rezonansu morfogenetycznego wynaleziona przez Ruperta Sheldrake’a, w jego książce “A New Science of Life”, 1981.
Koncepcje podobne! Geny są replikatorami, replikator to pojęcie szersze niż gen – chociaż ewolucja poszła tak, że na planecie Ziemia zaistniał tylko jeden ewidentny przypadek, jeden egzemplarz replikatora: geny jako cząsteczki DNA, które budują białka, a przy ich narzędziowej pomocy wszystko co żyje. Dawkins zauważył, że istnieje na Ziemi DRUGI egzemplarz replikatora: i jest to wszystko to, co ludzie naśladują jeden od drugiego, i to nazwał memami. (Stanisław Lem pisał bardzo podobne rzeczy 11 lat przed Dawkinsem, tyle że w nieprzetłumaczonej na angielski “Summie technologicznej” i jego odkrycie przepadło.) Co postulował Sheldrake? Że naśladownictwo istnieje nie tylko u ludzi – że działa na poziomie czysto naturalnym, już na poziomie chemii! A dokładniej, twierdził, że jeśli pewna reakcja chemiczna, a ogólniej wszelki fizyczny proces może zajść na kilka sposobów, które nie różnią się potrzebną do tego energią (w praktyce te “kilka” rośnie do astronomicznej liczby 10 do potęgi kilkadziesiąt!), to zajdzie na takiej drodze, na której dotychczas zachodził najczęściej. Czyli że jeśli jakiś proces (z wielu możliwych i energetycznie równie prawdopodobnych) już był zaszedł, to następne pójdą jego śladem.
Oznacza to jednak, że istnienie replikatorów nie jest czymś arcy-rzadkim, jak to się dotąd wydawało, ale przeciwnie, jest czymś powszechnym! Jest nieodkrytym wcześniej prawem przyrody. Materia jako taka, ze swej natury, jest replikatorem.
Myśl ta była zbyt rewolucyjna, żeby mainstream nauki ją przyjął. Po fazie bycia sensacją została wyrotowana na margines; do dziś męczą ją tylko new-age’owcy.
Sheldrake szedł dalej. Rozumował przez analogię. Wzorcowym rezonansem jest rezonans obwodów elektrycznych, np. anteny nadawczej i anteny odbiornika. Ale skoro dwa obwody pozostają w rezonansie, to znaczy to, że istnieje coś, co pomiędzy nimi pośredniczy i przekazuje zachowanie jednej do drugiej. Tym czymś jest pole, tu: elektromagnetyczne. Sheldrake postulował istnienie takiego pola dla obiektów pozostających w “jego” rezonansie morficznym. Gdy idzie pewien proces (np. krystalizacja pewnego związku chemicznego, albo fałdowanie się cząsteczki białka – można tu odwoływać się do zachowań bardziej złożonych bytów, np. szczurów lub ludzi, ale wcale nie trzeba…) – to wybrana zostaje jego droga: taka, która wcześniej “chodzona” była najczęściej. Aktualny proces przebiega tak a nie inaczej w wyniku tego, że pozostaje w rezonansie (r. morficznym) z wszystkimi podobnymi procesami które były zaszły wcześniej. Ale nie sprzęga się z każdym z osobna, tylko kontaktuje się z tym właśnie bytem pośredniczącym, którym jest pole morficzne odpowiedniego procesu. Zauważmy, że to pole morficzne sprzęga nie tyle dwa obiekty rozdzielone w przestrzeni (jak było w przypadku elektromagnetycznych anten), co dwa procesy rozdzielone w czasie. Jest to bardziej “pole czasowe” niż “pole przestrzenne”.
Zdaje się, że Sheldrake nie zaproponował dobrych doświadczalnych testów, które by uczyniły jego hipotezę falsyfikowalną – chociaż usiłował takie obmyślić. Wprowadzanie dodatkowego pola i prawa do fizyki było zbyt wielką rewolucją, żeby, jak powiedziałem wyżej, mainstream nauki to przyjął. Po drugie, Sheldrake nie wyprowadził swojego prawa z istniejących praw fizyki, nie umiał zastosować do nich redukcjonizmu. To wszystko spowodowało wspomniane wyrotowanie jego hipotezy.
Wracając do porównania memetyki Dawkinsa-Brodie’ego-Balckmore (chyba głównych jej autorów oto wymieniłem) z morfiką Sheldrake’a. Memetyka JEST redukcjonistyczna, morfika nie jest. To jest główna różnica. To też sprawiło, że memetyka mieści się w ramach nauki (chociaż bywa krytykowana, że jest zbędna) – a morfika została przez naukę serdecznie odrzucona. Memetyka buduje swój poznawczy “gmach” nie zmieniając niczego ani w wiedzy o budowie i działaniu mózgu, ani w genetyce, ani w systemologii – o biochemii, chemii i fizyce nawet nie wspominając. Morfika przeciwnie, interferuje wszędzie: chce przebudować całą naukę dołączając do niej nieistniejący wcześniej a fundamentalny “człon”.
Memetyka jest “lekkostrawna” dla nauki, ponieważ nie ma pretensji do budowy materii – nie określa, jak materia powinna być zbudowana i czy jej, z jej punktu widzenia, poprawny jest ten obraz materii, jaki mają fizycy. Memetyka mieści się też w obrębie paradygmatu cybernetyki: mianowicie abstrahuje od materiału. Podtrzymuje podstawowe założenie cybernetyki, powiadające, że wszystko jedno z czego będą zbudowane “maszyny” – ważne tylko, według jakich procedur działają. To założenie, któremu sprzeciwiał się Roger Penrose, uparcie tropiąc je i jego ewentualne alternatywy w kilku swoich kolejnych książkach, aż zamilkł, najwyraźniej nie znalazłszy rozwiązań. Gdyż Penrose szedł za przeciwną intuicją: że umysł musi mieć gwarancje istnienia już na poziomie elektronów i kwantów. Co wydaje się słusznym podejściem, bo przecież taka najbanalniejsza rzecz, kawałek ciała stałego, sztywna bryła, istnieje tylko za sprawą mechaniki kwantowej – gdy zapomnimy o kwantach, kawałek kija lub kamienia stanie się cudem i kaprysem natury. A przecież to, że istnieją kije i kamienie, historycznie jest podstawą rachunków i pojęcia liczby, a stąd dalej do logiki dwu- lub inaczej-wartościowej, do algorytmów i do twierdzenia Goedla. Miałby być kawałek kija zakorzeniony w kwantach, a umysł nie?
Można się domyślać, że Sheldrake’owski rezonans naśladowczy powinien wynikać z mechaniki kwantowej. Penrose próbował szukać w tym kierunku…
Wydaje się też, że Sheldrake swoją koncepcję rozwinął zbyt szeroko, tak że oznak rezonansu morficznego dopatrywał się gdziekolwiek i bez ograniczeń. Można się domyślać czegos przeciwnego: że jego rezonans ma mocne ograniczenia, pojawia się tylko w pewnych szczególnych wypadkach i warunkach i nie dotyczy wszystkiej materii, tylko jej szczególnych obiektów, całkiem tak, jak sztywne bryły nie maja prawa istnieć na gwiazdach. (Bo za gorąco.) Prywatnie podejrzewam, że rezonans Sheldrake’owski ma coś wspólnego z rezonansem banalniejszym, tym elektromagnetycznym i że podejrzane o jego podtrzymywanie są w pierwszym rzędzie struktury (bio)chemiczne budujące długie drogi dla elektronów, czyli polimery z podwójnymi wiązaniami, co by znaczyło, że nie przypadkiem DNA i RNA mają taką budowę. Ale to już moje fantazje. Tylko problem, czy w naszej wiedzy o świecie faktycznie są luki, których istniejąca wiedza bez Sheldrake’a nie wytłumaczy, a z Sheldrake’iem, tak?
Jeszcze jedno różni morfikę Sheldrake’a od memetyki Dawkinsa-Brodie’ego-Blackmore: morfika dodaje światu materii dodatkowy, nieznany bez niej, wymiar, dodatkowe bytowe piętro – jest nim właśnie pole morficzne. Memetyka niczego takiego nie dodaje. To morficzne piętro jest nadzieja tych, którzy nie mogą się pogodzić z tym, Że ich nie ma. Gdyż z memetyki wynika właśnie, że “nas” nie ma – “ja” jest złudzeniem, świadomość epifenomenem, a każdy a nas jest zabawką (czyli maszyną-automatem-algorytmem) i to zabawką niestety popsutą, bo mechanizmy tego algorytmu są bezustannie szarpane stochastycznym szumem ruchów Browna, przez co popełniają wciąż błędy, od których wolne są komputery. “Oddałbym stajnię i strawę sutą, żeby zabawką być niepopsutą…” – jak śpiewał koń pułkownika w pewnej bajce Claude’a Aveline’a w przekładzie Ludwika Jerzego Kerna, wydanej w 1957 roku; to była jedna z pierwszych książek jakie czytałem. Pole morficzne przeciwnie budzi nadzieję, że właśnie ono jest medium dla umysłu… świadomości… duszy… a może również przy okazji dla duchów, zjawisk naprzyrodzonych, bóstw i może nawet dla nieśmiertelności. A przynajmniej że jest tym czymś, co czyni nas i nasz świat nie tak obrzydliwie mechanicznym i arymanicznym. Mam wrażenie, że tu idzie główny spór wiedzy o świecie naszych czasów i główne pęknięcie. Po jednej stronie jest Dawkins, memetyka, redukcjonizm, kognitywistyka, cybernetyka, manicheizm, nuda i rozpacz. Po drugiej stronie jest morfika i wszelkie koncepcje kwantowego umysłu, Sheldrake (chociaż ogólnie się myli), Penrose (chociaż nie znalazł rozwiązań) i szamani.
Wojciech Jóźwiak
26 czerwca 2009
2 Komentarze
Koncepcję pola morfogenetycznego ciekawie rozwinął Jacek Dukaj w powieści “Czarne oceany”, czyniąc je odpowiedzialnym za m. in. telepatię. Fantystyka, ale bardzo przemyślana i konsekwentna, na wzór lemowy.
Coraz więcej – i to dobrego – słyszę o Jacku Dukaju. Widzę, że powinienem zacząć go czytać… WJ