Enneagram i archetypy

Enneagram zaczyna się do trójkąta podstawowych negatywnych emocji:
gniew – lęk – wstyd (lub: niedowartościowanie).
Za nimi stoją trzy wartości:
wolność – bezpieczeństwo – prestiż
oraz trzy zwierzęce instynkty:
terytorializm – ucieczka – hierarchia stada.
Na głębszym poziomie łączą się z tym trzy warstwy zarodka:
mezoderma (z której mięśnie i kości) – ektoderma (z której nerwy i mózg) – endoderma (z której jelita i gruczoły)
i trzy typy temperamentu:
człowiek czynu mezotymik – mózgowiec ektotymik – „biesiadny” endotymik.

Propozycja: żeby do tej trójki dołączyć trójcę archetypów wg jungowskich psychoanalityków:
Ego – Cień – Jaźń.
(Czego odbiciem w religijnej interpretacji są: Człowiek, Szatan, Bóg. Ego napędza do agresji, Cień budzi lęk, przed Jaźnią się płaszczysz-korzysz.)

Kiedy dołączymy tamte archetypy, wyjdzie, że:
9-Mediator, 1-Perfekcjonista i 8-Szef są to osobowości męczone nadętym, nadmiernym EGO,
6-Adwokat-Diabła, 5-Obserwator i 7-Epikurejczyk są to osobowości zmagające się z CIENIEM,
3-Wykonawca, 4-Tragiczny-Romantyk i 2-Dawca są to osobowości będące pod presją JAŹNI.

W powyższym uszeregowałem enneagramowe typy w kolejności: podstawowy, saturnowo-introwertyczny, jowiszowo-ekstrawertyczny.

Wojciech Jóźwiak
9 czerwca 2009

Grotowski i tarot według Wirpszy

Karta z Wielkich Arkanów Tarota, XV. Diabeł czyli Podziemna-Droga-Inany podczas której (zanim stanie przez Władczynią Śmierci) boginka owa Rozbiera-Się-Ze-Wszystkiego, to Teatr Ubogi Grotowskiego czyli stresowe bolesne przejście od 5. Obserwatora do 7. Epikurejczyka. I tu mnie olśniło, że Grotowski nie był wcale Ósemką-Szefem, za którego go dotąd uważałem, ale sztywnym 5. Obserwatorem, który usiłował przeobrazić się w tańczącego 7. Epikurejczyka. Ale żeby tak uczynić, musiałby się obnażyć, rozebrać ze wszystkiego – czego nie zdołając, obnażał innych.

Czytaj o tym:  Dodekaedr: dwanaście czakr. Wprowadzenie do cyklu – Krzysztof Wirpsza, 23.02.2009

Wojciech Jóźwiak, 23 marca 2009

Robin Williams, Rako-Rybo-Skorpion

Co do Robina Williamsa, to warto zauważyć, w jak wielkim stopniu jego wodnisty (Rak-Ryby-Skorpion: Słońce w Raku, Księżyc w Rybach, ascendent w Skorpionie) horoskop zgadza się z ROLAMI, które gra(ł) ten aktor. W ogóle w przypadku aktorów to często niewiele wiemy, jacy oni są “naprawdę” i poznajemy ich po rolach. A oto Williams przykleił się do ról wiecznego dziecka swojej mamy (“Świat wg Garpa”), faceta zamkniętego w świecie dziecięcej gry (“Jumanji”), lub nauczyciela będącego w istocie super-zbuntowanym młodzieńcem i przez to idolem dla młodzieży (“Stowarzyszenie umarłych poetów”). Zarazem, zauważmy, że jego role w powyższych filmach odpowiadają, kolejno, znakom Raka (“Świat wg Garpa”, rodzina i zależność), Ryb (“Jumanji”, fantastyka i zagubienie) i Skorpiona (“Stowarzyszenie umarłych poetów”, rozterki inicjacyjne i bunt). Nawet “skorpionowa” specjalność, śmierć, jest w tytule tego ostatniego!

Wojciech Jóźwiak

1 marca 2009

Diabeł i Inana

Dla zrozumienia i odszyfrowania karty XV.Diabeł, konieczne jest odpowiedzieć sobie, dlaczego autorzy Tarota Marsylskiego narysowali NIE TEGO diabła, jaki był znany w ich czasach? Bo przecież około 1600 roku, kiedy marsylskie wyobrażenie Diabła na karcie powstało, figura diabła była znakomicie znana i ustalona i raczej nie wymagała wprowadzania nowych wynalazków. Diabły masowo rysowane i rzeźbione na dewocjonaliach, od wczesnego średniowiecza, miały czytelne atrybuty: były czarne, były płci męskiej, miały ogony, kozie rogi i kopyta, uzbrojone były w „widły”-trójzęby. Były wzorowane na wyobrażeniu starożytnych koźlastych satyrów plus trójząb Neptuna. Tymczasem autorzy karty marsylskiej użyli nowego i nieznanego wcześniej wyobrażenia, które zapożyczyli od pra-starożytego mezopotamskiego wizerunku boginki umownie zwanej Inaną, i jest bardzo prawdopodobne, że była to dokładnie ta płaskorzeźba, która teraz jest w zbiorach w Bostonie – ponieważ rysa widoczna na płaskorzeźbie została zinterpretowana – mylnie! – jako wzniesiony miecz. Niestety, nic nie wiem o historii tej płaskorzeźby, o jej „życiu” zanim w ostatnich latach stała się popularna. Ani nie wiem w jakich okolicznościach mogła być zobaczona przez ludzi którzy mieli cokolwiek wspólnego z tarotem marsylskim. Ten lub podobny wizerunek musiał jakoś jednak oddziaływać na wyobraźnię ludzi Europy i średniowiecza, ponieważ postaci kobiet ptasionogich „żyły” u nas – przykładem herb Warszawy – chociaż najpierw był to smok uzbrojony w miecz, który stopniowo dostał ptasich łap i potem kobiecego ciała. W przypadku XV.Diabła i Inany, znaczące jest, że tak długo utrzymane było podobieństwo tarotowego Diabła do oryginalnej Inany (z poprawką, że z sów u stóp zrobili się ludzie, a koty znikły), chociaż gdy się obserwuje różne talie, zwłaszcza te programowo odrywające się od T. Marsylskiego, to widać, że wyobrażenia diabła „kościelnego” nieustannie wypaczało i psuło tamten „inaniczny” wzorzec postaci na karcie Diabeł. Dołączenie legendy Inany do treści (do „idologii”) karty XV.Diabeł niezmiernie poszerza i (powiedziałbym) uszlachetnia sens i symbolikę tej karty. Inana schodzi do podziemia, a w kolejnych siedmiu bramach musi rozbierać się z jednej szaty, aż przed władczynią podziemia staje naga. Z drugiej strony postać z tamtej płaskorzeźby raczej sama jest boginką podziemia niż chwilowym tam gościem. Tak czy inaczej, wnioskujemy z tego, że karta nr XV przedstawia zejście do podziemia i spotkanie-konfrontację z władającycmi tamtym obszarem potęgami. W sensie praktycznym karta XV oznacza więc konfrontację z tym, czego nie znamy, z ukrytą stroną naszej natury, z „podświadomością” – czyli z tą sferą, która w snach i wizjach chętnie jest obrazowana jako podziemie. Bogince z płaskorzeźby towarzyszą po obu jej stronach sowy i koty (lamparty lub lwy). Sowa odsyła do ciemnej, nieznanej strony duszy, jako ptak, ptak mądry, ale nocny. Lamparty oznaczają granicę, poza którą żywi nie mogą czuć się bezpieczni. Sama – umownie zwana – Inana jest ptasionoga i czworoskrzydła, co jest typowym atrybutem bóstw mezopotamskich i zapewne symbolizuje ich panowanie nad czterema stronami świata, czyli nad całością przestrzeni. W każdym razie atrybuty postaci wyobrażonych w karcie nr XV nie odsyłają do znanych chrześcijańskich tematów pokusy i kusiciela, grzechu, kary, piekła, potępienia – nie widzimy tu tamtych dusznych i duszących idei. Za to mamy ideę niebezpiecznego spotkania z ukrytymi mocami własnej natury. Te moce zawierają w sobie seksualność (nagość boginki, zwłaszcza jej nagie piersi – tu uwaga! – modelka do tej rzeźby leżała, nie stała), zwierzęcość (aż za wiele wskaźników) i lotność, czyli istnienie w przestrzeni, nietrzymanie się ziemi – co jest właściwością ludzi jako Ziemskich, homo-humus, podobne gry słów w litewskim i w praindoeuropejskim. I przez koty: bycie poza granicą życia i śmierci. Do symboli, które były w mezopotamskiej płaskorzeźbie, autor karty marsylskiej dodał coś, czego tam nie było: ideę uwięzienia w powyższej sferze i sytuacji – co zaznaczają dwie postaci pochwycone łańcuchami.

~Wojciech Jóźwiak, 26 lutego 2009

Do boju, dziewice czekają! Czyli literackie przedłużenia genów

Najbardziej znanym genetycznym przypadkiem zła (zła z punktu widzenia naszej ludzkiej etyki) jest zabijanie lwich szczeniąt przez lwy samce po tym, jak przejmują harem samic. Mechanizm genetyczny tego procederu jest jasno widoczny: gen skłaniający samce do zabijania nieswoich dzieci, miał wielkie szanse wygrać ze swoimi allelami, które takiego zachowania nie wytwarzały – bo nosiciele genów nie-zabójczych zostali wybici przez ojczymów, lecz sami swoich (noszących zabójczy gen) pasierbów nie zabijali.

Psychologia ewolucyjna (czytam właśnie książkę pod tym tytułem Davida M. Bussa) objaśnia podobne przypadki zła (dobra też) u ludzi. My wprawdzie dzieci naszych kobiet z ich poprzednich związków nie zabijamy (a nawet bywa, że kochamy je jak własne), ale prowadzimy wojny. Wojna ma logiczne ewolucyjne wytłumaczenie, przez mechanizm propagowania się genów. Co było wabikiem, „marchewką”, skłaniająca mężczyzn do wojny? Powiększenie zasobów dostępnych dla tych, którzy przeżyli i wygrali. Ale rabowanie żywności lub wypieranie konkurentów z zasobnych łowisk, to był dla genów słaby czynnik propagujący. Drugi czynnik był znacznie potężniejszy: oto ci, którzy wygrali wojnę, zyskiwali dostęp do mnóstwa kobiet, odebranych pokonanym, które zapładniali i w ten sposób propagowali swoje – agresywne – geny. Nosiciele genów pokojowych, czyli pra-mężczyźni łagodni, ustępliwi, tolerujący obcych, nieskłonni do zemsty i nie mający zmysłu wojennej solidarności „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”, ani skłonności do poświęceń – byli przez tysiąclecia regularnie wybijani przez nosicieli genów wojennych, a ich kobiety były przez agresorów zapładniane i wychowywały nowe pokolenia nosicieli wojennych genów.

Zaistniało też literackie odbicie opisanego mechanizmu. Czym muzułmanie budzą wojenny zapał u swoich rekrutów? Wizją dziewic czekających w raju na poległych bohaterów. Więc młodych kobiet w wieku seksualno-reprodukcyjnych, przy czym podkreśla się ich dziewictwo, czyli pewność, że zapłodnione przez ciebie, ze 100% pewnością wypropagują geny twoje, a nie poprzedniego kochanka. Wprawdzie w raju raczej geny nie działają, ale umysłami jeszcze żywych – sterują, właśnie przez takie swoje literackie przedłużenia.

W balladzie „Trzech budrysów” młody Adam Mickiewicz puścił zaś w ruch własny mit założycielski połączonego narodu Polski i Litwy. Oto poemat baja, że Litwini w kolejnych pokoleniach porywali polskie dziewczęta („oto kubeł w tym kuble… nie mój ojcze, to Laszka synowa”) i z nich się rodzili. W „Panu Wołodyjowskim” Sienkiewicz bardziej realistycznie opisuje gehennę Zosi Boskiej zapłodnionej przez Azję Tuhajbejowicza. Pamietamy też, że wielki naród Rzymu zaczął się od tego, że Romulus z kompanami uprowadzili kobiety sasiadom Sabinom.

Podobny do „trójbudrysowego” i sabińskiego narodowy mit założycielski, i to chyba serio, przyjęli Rumuni chcąc iście w duchu Levi-Straussa przy pomocy mitu rozwiązać swoją dotkliwą sprzeczność: że jednocześnie są po pierwsze „stąd”, tubylcami ze swojej ziemi wokół Karpat, lecz po drugie, zarazem „stamtąd” – z dalekiego Rzymu, o czym niedwuznacznie świadczy ich język, przedmiot dumy i wyższości. (…Nad Azjatami Madziarami choćby.) Rozwiązali tę sprzeczność mitem, jakoby poszli od żołnierzy Trajana i zapłodnionych przez nich tubylczych dackich kobiet.

Powyższe spostrzeżenia ktoś bieglejszy mógłby rozwinąć w MITOLOGIĘ EWOLUCYJNĄ (i literaturoznawstwo ewolucyjne), pokazując systematycznie, jak nasze mitologie i literatury są ekspresją genów, którym służymy za wehikuły.

Wojciech Jóźwiak, 23 lutego 2009

Książka wspomniana: David M. Boss, Psychologia ewolucyjna, Gdańsk 2001.

Sen o kopaniu pod kable

Na poboczu drogi, ulicy, pewien człowiek kopie rów którym poprowadzone mają być kable. Te przewody mają połączyć moje miejsce (dom, a może firmę? – nie było to określone) z czymś na zewnątrz. To po prostu było tak, że w pewnym momencie znalazłem się wewnątrz akcji, która polegała na tym, że jakiś mężczyzna lat ok. 30 kopie wzdłuż drogi rów, w którym położone będą przewody i ta praca wykonywana jest dla mnie, mnie tym kablem podłączą. Ja chodzę i się troszczę, jak zwykle, kiedy jacyś fachowcy coś robią dla mnie, a ja się na tym całkiem nie znam, więc interesuję się, jak to będzie wyglądać i czy jest robione dobrze. Zauważam, że ten rów pod kabel, z początku całkiem płytki, kopany jest tak, że im dalej, tym staje się głębszy. Rów oddala się od drogi, od jej jezdni, skręca w bok pod prostym kątem, dalej idzie swoją trasą – i zagłębia się w ziemię. W pewnym miejscu kopiący stoją w nim po pas, dalej po ramiona. Idę tym rowem, który dalej schodzi całkiem w głąb ziemi i staje się zamkniętym tunelem, bardzo obszernym, tak jakby miały nim jeździć całkiem duże pojazdy. Krząta się w nim wielu ludzi, obojga płci, ubranych w jakieś firmowe stroje. Ściany tunelu są na razie gołą ziemią, surową oryginalną gliną, ale wiem, że będą wzmocnione.

Wojciech Jóźwiak, 2 stycz. 09

Wiadomo dlaczego ewoluują gatunki, ale co z kulturą?

Wiadomo dlaczego i jak ewoluują gatunki biologiczne: dzieje się tak, ponieważ nosiciele pewnych genów częściej giną, a innych (nosiciele) pozostawiają więcej potomstwa. W ten sposób w krzyżującej się populacji stanowiącej gatunek, jednych genów ubywa, a przybywa innych, a wraz ze zmianami genów zmienia się fenotyp czyli budowa ciała i zachowanie.
Ale kiedy to już wiadomo – kiedy wiadomo, że ten tak banalny mechanizm napędza wielką kreatywność ewolucji, tym bardziej niepokoi pytanie:
Jaki mechanizm napędza ewolucję kultury?
(Bo im lepiej uchwycamy ewolucję gatunków, tym bardziej NIEWYJAŚNIONA staje się ewolucja kultur.)

Wojciech Jóźwiak, 27 gru. 2008

Księga Welesa

Napisałem o „Księdze Welesa”, chociaż samej Księgi nie czytałem, prócz paru małych fragmentów, ponieważ za trudno mi przebrnąć przez archaizowany rosyjski, na który jest przekładana. Ale ponieważ Księga Welesa jest u nas prawie nieznana, jak i okoliczności jej znalezienia i spory o jej autentyczność i faktyczne pochodzenie, więc postanowiłem jednak spisać to, co się dowiedziałem. Może kogoś to zachęci do zajęcia się Księgą na serio.

W sporze o to, czy „Księga Welesa” jest autentycznym zabytkiem słowiańskim z wczesnego średniowiecza, czy późnym falsyfikatem (pytanie, czy raczej z ok. 1800r. czy 1950?), bardziej prawdopodobne jest jednak, że to falsyfikat – lecz być może falsyfikat dość stary na to, żeby darzyć go szacunkiem. Gdyby była autentyczna, to z jej treści wynika (podobno), że pisano ją około 875 r. – więcej niż dwieście lat przed pierwszą zachowaną ruską kroniką, słynnym „Nestorem” lub „Powieścią minionych lat”. Oczywiście wiele przemawia za tym, że wtedy tego tekstu nie napisano: wątpliwe jest już to, żeby pismo cyrylica, właśnie wtedy wynalezione, tak szybko trafiło do Słowian nad Dniepr. Wątpliwe, żeby orędownicy ówczesnej Rodzimej Wiary w swoich świętych tekstach użyli alfabetu swoich ideowych śmiertelnych przeciwników. Podobno też język Księgi jest historycznie niemożliwy: jakby ktoś do słowiańskich słownych rdzeni (branych z różnych języków) doklejał przypadkowe końcówki, brane  z różnych epok. Najeża do tekstu używanie słowa „Rusowie” czy „Rusiczy” na określenie Słowian naddnieprzańskich, jako że pewne jest, że w tamtych czasach ten etnonim oznaczał Normanów, nie Słowian. Tamtejsze terytorium było nazywane „ziemią ruską”, tzn. podległą i płacącą daniny Rusom-Waregom-Normanom, a zamieszkujący ją poddani Rusów „ludźmi ruskimi”, co jako własna nazwa Rosjan (russkije) pozostało do dziś.

Dla „Księgi Welesa” ważne jest nie umieszczenie jej w tamtych czasach, w średniowieczu, bo zapewne ma to równie mały sens, jak znalezienie odpowiedniej epoki, w której toczyłaby się powieść Nienackiego „Ja Dago”, albo manieryczne fantazje „Kroniki polskiej” mistrza Kadłubka. Ważne jest ustalenie czasu i okoliczności, w której została sporządzona faktycznie, czyli zfalsyfikowana. Bo też dzieje neopoganizmu są dziejami jego rekonstrukcji, wśród których są te białe, czynione z naukową metodą i dystansem, i te czarne, podające się za autentyki – czyli falsyfikaty. (Żałuję, że nie mamy słowa w rodzaju angielskiego forgery, gdzie w słowie na falsyfikat zawarty jest poza tym trud i spryt rzemieślnika.) Pomiędzy nimi są rekonstrukcje niebieskie (James Hillman pisze, że niebieski jest pośredni między bielą a czernią) czyli fikcyjno-literackie. Wszystkie trzy nurty składają się na historię rekonstrukcji, z których wywodzi się współczesny poganizm – rzecz warta przemyślenia.

Wojciech Jóźwiak, 20 gru. 2008

Nowaki-ledwaki w krainie rozumu

Według książki Fiałkowskiego i Bielickiego „Homo przypadkiem Sapiens” przodkowie człowieka osiągnęli w toku ewolucji tak wielkie mózgi, ponieważ ta wielkość mózgu i związane z nią zwielokrotnienie neuronów i połączeń nerwowych chroniło ich przed unieczynnianiem pojedynczych komórek nerwowych na skutek przegrzania mózgu, a przegrzanie mózgu ryzykowali podczas właściwego im sposobu polowania, czyli uporczywego choć niezbyt szybkiego pościgu za zwierzyną i to w południe, w porze największego afrykańskiego skwaru, kiedy inne drapieżniki mają sjestę. Zdobywali pokarm zaganiając zwierzęta na śmierć, ale podczas tego zajęcia ryzykowali własną śmierć skutkiem podobnego szoku termicznego. Ochroną, oprócz pozbywania się ciepła przez pocenie (do czego jesteśmy po mistrzowsku przystosowani) było właśnie zwielokrotnienie struktur mózgu, tak by nie paść nieprzytomnym nawet jeśli połowa neuronów wysiądzie skutkiem prawie letalnej temperatury ciała. Przez półtora miliona lat surowej selekcji na wytrzymałość na przegrzanie wyhodowali sobie wielkie mózgi z nadmiarem tkanki analizującej informację. Ta ewolucja skończyła się około 200 tysięcy lat temu. Dlaczego? Ponieważ właśnie wtedy mózgi praludzi osiągnęły taki rozmiar, że włączyła się w nich inteligencja. Sprzęgło się to z ewolucyjnym wynalezieniem mowy. Od tego momentu nie musieli już ginąć z przegrzania w pościgu za antylopami, ponieważ inteligencja dawała im mniej ryzykowne środki aprowizacji: narzędzia łowieckie, pułapki, gry strategiczne nagradzane górą mięsa słonia lub mamuta. Coraz większe mózgi przestały być potrzebne, ponieważ teraz, od czasu włączenia się inteligencji, przeżywali i pozostawiali potomstwo także ci, co mając przegrzewające się mózgi biegali niedość szybko.

Z powyższego rozważania (które, kiedy się czyta wspomnianą książkę, nie pozostawia wątpliwości swoją żelazną logiką) wynika rzecz niepokojąca. Otóż nasi przodkowie zaprzestali ewoluować w kierunku większych mózgów zaraz po tym, jak w ich dostatecznie rozrośniętych mózgach zaświtał pierwszy, mówić poetycko, promień rozumności. A zatem zatrzymali się w rozwoju mózgu zaraz jak tylko przekroczyli granicę między nierozumnym a rozumnym. Zatrzymali się w rozwoju na etapie rozumowego minimum, na etapie inteligencji minimalnej.

Jeśli wyobrazimy sobie przestrzeń czy rozmaitość możliwych form inteligencji, rozumności i świadomości (które to rzeczy zapewne chodzą w parze), to człowiek z racji swojego tak a nie inaczej ustawionego ewolucyjnego mechanizmu, osiągnął zaledwie najniższy skraj tej przestrzeni (rozmaitości). Hodowanie mózgu jako narządu umożliwiającego bieg w warunkach, w których gonione zwierzęta padały z przegrzania, mogło go doprowadzić tylko do takiego punktu: zupełnego minimum. Żeby poszła dalej biologiczna ewolucja w kierunku większych i sprawniejszych mózgów, narzędzi inteligencji wyższej niż obecna ludzka, na to zabrakło mechanizmu selekcji. Po prostu nikt nie umierał przedwcześnie z powodu tego, że był mniej inteligentny od innych! Ani bardziej inteligentni nie zostawiali więcej potomstwa.

W krainie rozumu, w lidze istot rozumnych jesteśmy raz, nowakami (ang. newcomers), bo co to znaczy 200 000 lat bytowania, dziesięć tysięcy pokoleń w tej strefie. Przecież nie zdążyliśmy się jeszcze z tym oswoić, że mamy coś takiego jak rozum.

Dwa, jesteśmy w tej krainie uprożakami-ledwakami, czyli takimi przyprogowcami, którzy ledwo-ledwo przekroczyli próg rozumności. A co jest dalej? Ba… Szczęka opada, łeb trenowany w gonieniu guźców głupieje.

Wojciech Jóźwiak, 20 gru. 2008

Sen o Wałęsie

Taki sen śnił mi się parę dni temu. Z grupą ludzi (którzy później gdzieś poznikali, sen zapomniał o nich) szedłem w góry. Na „Świnicę”. To miała być jakaś góra, chociaż nie identyczna z tamtym tatrzańskim szczytem. Droga zagłębiła się w stary las, zrobiło się mroczno i bezludnie, dreszczyk emocji, że tu jakieś dzikie zwierzęta. Szedłem pierwszy, reszta grupy  gdzieś dalej z tyłu, i faktycznie: zobaczyłem z przodu zwierzęta, duże drapieżniki, kotowate, najbardziej podobne do pum, może do gepardów. Pomyślałem, że w Polsce to mogą być tylko rysie, i odtąd tak już się nazywały, rysie, chociaż wyglądały inaczej i były większe. Przeszły przez drogę z prawa na lewo i z dołu pod górę, nie interesując się ludźmi. Było ich około siedem. Za jakiś czas idąc tą drogą doszliśmy, ja kilka kroków przed pozostałymi, do opuszczonego domu przy wodnej konstrukcji nad rzeczką: jakieś ujęcia wody, kanały, przepusty, wszystko to na pół wyschnięte, opuszczone. Ktoś tam mieszkał, rozważałem czy wejść, ale nie zapukałem. Dalej za tym miejscem był znowu teren zaludniony, znów równina, góry jeśli były to odsunęły się na horyzont; pola świeżo po żniwach, otwarta przestrzeń i szosy rozchodzące się na różne strony świata z nazwami miast na drogowskazach; tych nazw nie pamiętam. Od tego miejsca miałem jasność, dokąd idę: szedłem odwiedzić Lecha Wałęsę. (Z którym w realu nic mnie nie łączyło.) W śnie był jakimś moim dawnym znajomym, takim o którym się wie, że gdzieś sobie żyje, ale nawet nie ma specjalnej ciekawości, żeby do niego napisać, czy zadzwonić, a tym mniej pojechać. Przyszedłem do jego domu. Okazało się we śnie, że Wałęsa po swojej politycznie karierze wrócił do swoich, czyli w góry, pomiędzy sąsiadów-górali, i jakoś z nimi gospodarował. Nie śpieszył się, siedzieliśmy u niego w izbie przy stole i herbacie. Jedyne, czym się wyróżniał jego dom, była ogromna hala, niby stodoła do trzymania siana, ale rozmiarów takich, że stanowiła jakby własny kosmos. Z zewnątrz wyglądała jak wielka czapka nasadzona na szczyt góry. Była drewniana, a dach czerwony, chociaż nie zauważyłem z jakiego materiału. Od wewnątrz okazywała się tak wielka, że podłoga była stokiem wzgórza, a pod stropem zbierały się chmury. Do tej hali wchodziło się drzwiami z jego domu. Ten wielki gmach z daleka wyglądał solidnie, ale z bliska okazywały się ślady pracy amatorskiej, jakiejś łataniny z nierównych desek, z czegoś co akurat było pod ręką. Pochwaliłem gospodarza, że tak ładnie ta budowla mu się udała, a Wałęsa (czy kimkolwiek on był) ze skromną dumą odpowiedział, że owszem, zastał budowlę w stanie niekompletnym, ale wytrwale, własnymi rękami ją dokończył.

Wojciech Jóźwiak, 20 gru. 2008