Do zobaczenia w blogach Taraki

Witam! Tu Wojciech Jóźwiak.

Ponieważ blogi prowadzę w Tarace, raczej działać będę już tylko tam.

Zapraszam do moich (i innych) blogów w Tarace!

Reklamy

Nowy sens pojęcia „wiedza tajemna”

Próbując określić, co to jest (lub: czym może być?) wiedza tajemna, dochodzimy do miejsca, w którym należy powiedzieć, co to znaczy „tajemny”: dlaczego pewna część wiedzy ma pozostawać – dla niektórych – niedostępna, za to otwarta dla „wybranych”? Pierwsze co się nasuwa, to wariant banalny: tajemną jest wiedza, którą pewna grupa ludzi uznała za cenną dla siebie na tyle, że nie pozwala jej wyjawić innym. Pierwszą więc barierą, ustanawiająca ową tajność-tajemność, byłby więc zakaz, którego przekroczenie grozi represją. Język polski (nie wiem jak inne) odróżnia jednak ten przypadek, taką wiedzę czy informacje nazywając „tajnymi” – zatem to co tajemne powinno być, za duchem języka idąc, czymś innym. Drugi sens nazywania pewnej wiedzy tajemną jest ironiczny, czyli wypowiadany z przekąsem. Ktoś może tak powiedzieć np. o muzyce (gdy nie zna jej niuansów), lub matematyce (jeśli jego edukacja skończyła się na liczeniu pochodnej funkcji jednej zmiennej) czy o – powiedzmy – geologii, kiedy nie wie jak dotrzeć do wartościowej literatury na jej tematy. Ten sens pokazuje jednak dobry kierunek w którym należałoby  szukać. O wiedzy tajemnej mówi się, że wymaga inicjacji. Na razie nie wnikajmy zbyt głęboko, czym w ogóle może być ta inicjacja. Wiedza muzyków (czy muzykologów), matematyków lub prostych geologów to ma do siebie, że wymaga treningu, wymaga studiowania – którego przeważnie nie da się zastąpić tygodniowym kursem ani przeczytaniem paru stron z Wikipedii; wymaga długotrwałego wprowadzenia, stażu. Drugą barierą zatem strzegąca tajemności wiedzy byłby długotrwały wysiłek konieczny dla jej posięścia, a prócz niego wrodzone zdolności, które nie każdy ma. Tu natrafiamy na ślad trzeciej bariery i trzeciego sensu: niemieccy volkiści (czy byli inni?) z końca XIX i początku XX wieku twierdzili, iż pewnego rodzaju wiedzy o świecie nie mogą przyswoić sobie nie-Niemcy, gdyż umysł Słowianina, Francuza, a zwłaszcza Żyda nie jest zdolny jej posiąść. Lustrzaną kopią ich poglądów było naleganie marksistów (wraz z leninistami), według których pewnego rodzaju wiedzy nie przyswoi sobie „burżuj”, gdyż aby ją pojąć musiałby urodzić się „proletariuszem”. (Oczywiste jest, że autorzy jednych i drugich twierdzeń w ten sposób mitologizowali banalny fakt, iż duża część publiczności słusznie miała ich własne wierzenia za głupstwa.) Tym, co jako rozsądne wyciągamy z tych historii, jest przypuszczenie, że tajemność (pewnej wiedzy) może polegać na tym, że jest ona dostępna tylko przy pewnych szczególnych dyspozycjach umysłu. (Jakie one mogą być, oczywiście ani volkiści ani marksiści odgadnąć nie mogli.) Według samych okultystów „tajemną” była wiedza mająca źródło w objawieniu, zatem wiedza boska, pochodząca od inteligencji przewyższających (być może nieskończenie) człowieka; zaś tym co stanowiło o jej tajemności – więc i niedostępności dla profanów – był jej poziom: wysoki i przewyższający ludzkie rozumienie. Takiej wiedzy raczej nie należałoby studiować, ale przed nią się ukorzyć.

W zamieszczonym dzisiaj (29 października 2009) w Tarace fragmencie swoje książki, Ralph Metzner pisze:

Dwie analogie lub metafory dla doświadczenia z halucynogenami były po wielokroć stosowane /…/. Pierwszą jest analogia wzmacniacza, według której lek funkcjonuje jako nieukierunkowany wzmacniacz treści psychicznych. Wzmocnienie może zajść po części jako rezultat obniżenia barier zmysłowych, otwarcia drzwi percepcji i po części wynikać z nieznanych jeszcze procesów centralnych, angażujących jeden lub więcej neuroprzekaźników. Drugą analogią jest metafora mikroskopu: wielokrotnie powtarzano, że psychodeliki mogłyby odgrywać taką samą rolę w psychologii jaką mikroskop odgrywa w biologii – otwierając dla bezpośredniej, weryfikowalnej, powtarzalnej obserwacji te krainy i procesy ludzkiego umysłu, które jak dotąd pozostają ukryte bądź niedostępne. Zarówno wzmacniacz jak i mikroskop są technologicznymi metaforami dla poszerzonej świadomości i dywinacji – zdolności widzenia bardziej wyraziście, wglądu w inne, normalnie niewidzialne światy i wymiary, i do pozyskania wiedzy, która inaczej pozostaje ukryta.

Metzner wprowadza tu kolejny (piąty?) rodzaj „tajemności”, która polega na tym, że jest oto wiedza (lub percepcja) nieosiągalna dla „zwykłego” umysłu, nawet jeśli jest to umysł wybitnie uzdolniony w pewnych „sztukach” (jak muzyka czy matematyka). Ta metznerowska tajemna wiedza byłaby wiedzą, którą żeby dostać, trzeba najpierw zmienić swój umysł. A właściwe, zmienić siebie. Wydaje się, że jest to JEDYNY (sensownie określony) rodzaj wiedzy tajemnej. Oczywiście, enteogeny nie są jedynym sposobem wejścia tam – o czym Ralph Metzner wyraźnie pisze w innym miejscu tego artykułu; odsyłam do lektury całości.

 

Wojciech Jóźwiak

29 października 2009

 

Taraka płatna: pierwszy miesiąc

25 sierpnia br. (2009) uruchomiłem (z moim Współpracownikiem) płatną wersję Tarakiwww.taraka.pl. Minął miesiąc. Jakie wyniki i wnioski?
Po pierwsze: kilkaset osób przyjęło tę zmianę pozytywnie, czyli zadecydowało zarejestrować się, zalogować i zapłacić. A więc jednak – wbrew krakaniu krytykantów – prowadzenie takiego internetowego straganu z tekstami jest możliwe i stragan ten może zarobić na siebie dając nadwyżki, które można zainwestować w przyszły rozwój. To jest właśnie dobry początek!
Liczba osób odwiedzających strony Taraki nieco spadła w porównaniu z okresem nie-płatnym sprzed 25 sierpnia, ale za to aż około 3 razy wzrósł średni czas przebywania w witrynie – czyli czas czytania tekstów. Co interpretuję tak, że odpadła część doraźnych zaglądaczy, powierzchownie zainteresowanych, za to pozostali ci czytelnicy, którzy Tarakę traktują poważnie i faktycznie czytają teksty, a nie tylko oglądają tytuły. Pewnie też jest tak, że sam fakt zapłacenia skłania czytelników do poważniejszego traktowania tekstu, na zasadzie, że to, co kosztowało, jest ważniejsze od darmo dostanego.
Teraz przed Taraką – i przede mną, jej wydawcą – stoi zadanie zbudowania liczniejszej grupy stałych i wiernych czytelników i autorów.
W poprzednim odcinku pisałem, że mam zamiar uczynić Tarakę funkcjonalnym dziennikiem – czyli żeby codziennie pojawiał się przynajmniej jeden nowy tekst. Tak już się stało! W minionym tygodniu ukazało się 8 nowych tekstów. W poprzednim (12-18 września) – 6 tekstów. Oby tak dalej.
Jednak nieustannie potrzebuję „świeżych piór” a raczej klawiatur. Zależy mi na poszerzeniu palety tekstów, tematów i autorów. Jeśli umiesz ciekawie pisać na tarakowe tematy – szamanizm, rozwój duchowy, symbole, astrologia, tarot, wszelkie dziwne praktyki, także o podróżach i egzotycznych kulturach – zapraszam do Taraki. Przy okazji przypominam, ze autor Taraki może opublikować swój tekst w strefie płatnej i wtedy ma płacone tantiemy proporcjonalnie do liczby czytań, albo może opublikować swoje dzieło w strefie bezpłatnej, będąc wtedy swobodnie dostępny i kontentując się samą sławą. Jak dotąd, obie te opcje są wybierane przez poszczególnych autorów.
Na przyszłość mam wiele pomysłów, ale wolę się nimi nie chwalić przed czasem.
Jest jeszcze jedna zmiana – na lepsze! Wokół Taraki wszczął się ruch, wyraźnie większy niż dotychczas. Więcej osób interesuje się Taraką i jej rozwojem. Zgłaszają osoby do pomocy, dostaje wiele maili z radami i konsultacjami – „uważam, że warto by zrobić tak a tak…”. Przybyło też ogłoszeniodawców. Powiększyło się grono osób, którym zależy na Tarace i jej sukcesie.

Niech to będzie – powtórzę – dobrym początkiem!

Wojciech Jóźwiak
26 września 2009

Taraka mikropłatna

Za czytanie Taraki będziemy płacić! Testowa wersja Taraki mikro-płatnej jest tu: taraka.iq.pl, mój lid o tym, tu: www.taraka.pl/_wstep_01. Od razu pocieszam, że cena będzie faktycznie mikro, bo 4,50 zł za miesiąc dostępu i 40 zł za rok. Niezależnie od liczby wejść lub kliknięć.

Przy tym nie cała Taraka będzie płatna, a tylko wybrane teksty. Na początek w mikro-płatnej strefie znajdą się poradniki: tarot, astrologia, Yijing. Będę w tej sprawie rozmawiać z poszczególnymi autorami: dany autor może pozostać w strefie wolnodostępnej (tak jak jest teraz), a może wszystkie swoje teksty wprowadzić do płatnej strefy – albo tylko niektóre. To będzie zależało od ustaleń z autorami. W zamian autorzy będą mieć wypłacane tantiemy, proporcjonalnie do liczby otwarć ich tekstów. Do Taraki będzie – dosłownie – opłacało się pisać!

I na tym opieram swój plan. Spodziewam się, że gdy pojawi się, nawet niewielka, zachęta finansowa, do Taraki zaczną zgłaszać się autorzy z coraz wartościowszymi tekstami, które czytelnicy chętniej będą czytać, więc będzie ich więcej – i więcej będą płacić za dostęp.

Dostałem już różne opinie o tym pomyśle. Niektórzy twierdzili, że strzelam sobie samobójczą bramkę – gdyż ludzie są przyzwyczajeni, że treści do czytania w internecie są za darmo i miejsca płatne będą omijać, skutkiem czego Taraka przestanie być czytana. Odpowiem: Tak, liczę się ze spadkiem odwiedzalności. Albo, raczej, odwiedzalność nie spadnie, bo Taraka jest wysoko notowana w przeglądarkach, lecz ledwie mała część odwiedzających skusi się opłacić subskrypcję. Zapewne będzie to nie więcej niż 3% odwiedzicieli – ale właśnie tyle na początek wystarczy! A potem, w miarę jak teksty będą coraz ciekawsze, a witryna coraz bardziej opiniotwórcza (na co liczę), subskrybentów też będzie przybywać.

Zadziała również taki mechanizm, że kto zapłaci, ten będzie sobie cenić kupione miejsce, więc i więcej i staranniej będzie czytać artykuły Taraki, więcej uwagi poświęcać naszej witrynie – wzrośnie więc jej atrakcyjność, jej „siła kusząca”. Wzrośnie też jakość czytelników: nasza witryna będzie silniej wyróżniać się im z internetowego strumienia, w większym stopniu będą się z nią utożsamiać i uważać za „swoją” – a na tym właśnie zależy mnie i innym autorom, obecnym i przyszłym.

Mam, dalej, plan taki, żeby Taraka stała się – jako witryna – faktycznym dziennikiem. Co znaczy, żeby było warto odwiedzać ją codziennie, bo każdego dnia będą nowe rzeczy do czytania. Aby tak było, potrzeba siedmiu „sprzysiężonych” autorów, którzy będą pisać i publikować w Tarace w tempie jeden artykuł na tydzień. Siedmiu stałych komentatorów, z których każdy obstawiłby jeden dzień tygodnia. To jest do zrobienia i to siłami osób, które już teraz są w kręgu Taraki.

Taraka przez płatność i komercjalizację (nie unikam tego słowa!) przechodzi na model „płacę i wymagam!” – jak w normalnym handlu. Porzuca model: „zaglądam, wybrzydzam i uciekam” – jak czyni większość szybko przeglądających normalne, tj. gratisowe strony w internecie.

Gdy pierwszy krok zostanie zrobiony (strefa płatnego dostępu założona), można będzie pomyśleć o dalszym rozwoju. Subskrybenci Taraki będą mogli korzystać – w ramach tej samej subskrypcji – również z innych usług. Mogą to być porady astrologiczne lub tarotowe. Korzystanie z zaawansowanych programów astrologicznych. Interpretacja snów. Pomysłów mam więcej – napiszę o nich, kiedy dojrzeją.

Jeśli chcesz podzielić się swoimi pomysłami co do rozwoju Taraki, lub w jakikolwiek inny sposób włączyć się do rozbudowy Taraki, napisz do mnie.

Wojciech Jóźwiak
31 lipca 2009

Gdzie ten rezonans morficzny?

W myśl memetyki (replikatoryki?) Dawkinsa i Blackmore, „natura” replikatora, czyli jego fizyczna budowa i zasada działania, są nieistotne, ważne tylko i wystarczy, żeby miał zdolność tworzenia własnych kopii. Gdyby na przykład drewniana figurka (jakiś Pinokio…) miała właściwość zmajstrowywania identycznych figurek jak ona, byłaby replikatorem, mającym szanse zapoczątkować ewolucje ze wszystkimi jej skutkami.
Tymczasem Sheldrake twierdził, że cała materia jako taka ma właściwości samoreplikujące. No nie takie aż, że drewniana figurka sporządza podobne sobie, ale że jeśli pewien proces, np. krystalizacja, polimeryzacja, de-denaturacja, autokataliza… może zajść na wiele sposobów, wieloma drogami z identyczną energią (co jest sytuacją częstą i typową w przyrodzie) – to z większym prawdopodobieństwem pójdzie drogą, którą podobny układ już kiedyś szedł. Podobne układy pozostają ze sobą w „rezonansie morficznym”, mimo iż należą do różnego czasu. (Sheldrake nazwał to „obecnością/teraźniejszością przeszłości”, The Presence of the Past – tytuł jego książki.) Z tego wcale nie wynika, że zjawiska replikacyjno-ewolucyjne są lub powinny być pospolitsze, częstsze w przyrodzie niż to jest faktycznie obserwowane – przeciwnie, oznacza, że replikacyjna zdolność materii jest dokładnie taka, żeby powołać i podtrzymać ewolucję (biologiczną) taką, jaka jest. Bo też nie wiadomo wcale, czy obecnie znane i uznane prawa fizyki są wystarczające do tego, żeby wytłumaczyć za ich pomocą replikację cząstek takich jak DNA, RNA lub priony. Naukowcy z mainstreamu w ramach swojego redukcjonizmu WIERZĄ, że tak jest: że znana fizyka wystarczy do „usprawiedliwienia” biologii – ale to wcale nie jest pewne. Ta wiara bierze się głownie stąd, że wiadomo, że replikacja zachodzi, ergo musi być wytłumaczalna przez prawa fizyki. Ale tego nikt nie dowiódł i raczej nie bardzo wiadomo, jakby mógł to zrobić…
Gdzie więc ten Sheldrake’owski rezonans morficzny ma się realizować? W replikacji tego, co się faktycznie w znanym nam świecie replikuje, czyli właśnie w DNA, RNA, prionach.
Tu się przypomina… zagadka! Kto? – Oczywiście, Stanisław Lem. Jego powieść „Głos Pana” z 1968 r. Tam mowa o sygnale nadawanym przez obcą cywilizację w strumieniu neutrin, który ma zdolność delikatnego zwiększania prawdopodobieństwa złożonych struktur cząsteczkowych – w niewielkim stopniu chroni je przed przypadkowym rozpadem. Przez to zwiększa prawdopodobieństwo powstania życia, chociaż nie określa, jak ono ma wyglądać. Rezonans morficzny Sheldrake’a ma dokładnie tę właściwość, co Lemowski sygnał na neutrinach. Gdyby się jeszcze okazało, że (A) rezonans Sheldrake’a faktycznie istnieje, i (B) ma cos wspólnego z neutrinami, to by było tzw. jajo! A neutrina są wciąż tajemnicze: to jest prawie czysty spin. Samo obracanie się (prawie) bez tego, co się obraca. Jak uśmiech kota z Cheshire.
Wojciech Jóźwiak scripsit,
30 czerwca 2009

Morfo a memo

W podobnym czasie na marginesie mainstreamu nauki pojawiły się dwie przewrotne i rewolucjonizujące koncepcje. Pierwszą było pojęcie memu, które rzucił Richard Dawkins w 1975 roku przy okazji swego słynnego samolubnego genu. Drugą była idea rezonansu morfogenetycznego wynaleziona przez Ruperta Sheldrake’a, w jego książce „A New Science of Life”, 1981.

Koncepcje podobne! Geny są replikatorami, replikator to pojęcie szersze niż gen – chociaż ewolucja poszła tak, że na planecie Ziemia zaistniał tylko jeden ewidentny przypadek, jeden egzemplarz replikatora: geny jako cząsteczki DNA, które budują białka, a przy ich narzędziowej pomocy wszystko co żyje. Dawkins zauważył, że istnieje na Ziemi DRUGI egzemplarz replikatora: i jest to wszystko to, co ludzie naśladują jeden od drugiego, i to nazwał memami. (Stanisław Lem pisał bardzo podobne rzeczy 11 lat przed Dawkinsem, tyle że w nieprzetłumaczonej na angielski „Summie technologicznej” i jego odkrycie przepadło.) Co postulował Sheldrake? Że naśladownictwo istnieje nie tylko u ludzi – że działa na poziomie czysto naturalnym, już na poziomie chemii! A dokładniej, twierdził, że jeśli pewna reakcja chemiczna, a ogólniej wszelki fizyczny proces może zajść na kilka sposobów, które nie różnią się potrzebną do tego energią (w praktyce te „kilka” rośnie do astronomicznej liczby 10 do potęgi kilkadziesiąt!), to zajdzie na takiej drodze, na której dotychczas zachodził najczęściej. Czyli że jeśli jakiś proces (z wielu możliwych i energetycznie równie prawdopodobnych) już był zaszedł, to następne pójdą jego śladem.

Oznacza to jednak, że istnienie replikatorów nie jest czymś arcy-rzadkim, jak to się dotąd wydawało, ale przeciwnie, jest czymś powszechnym! Jest nieodkrytym wcześniej prawem przyrody. Materia jako taka, ze swej natury, jest replikatorem.

Myśl ta była zbyt rewolucyjna, żeby mainstream nauki ją przyjął. Po fazie bycia sensacją została wyrotowana na margines; do dziś męczą ją tylko new-age’owcy.

Sheldrake szedł dalej. Rozumował przez analogię. Wzorcowym rezonansem jest rezonans obwodów elektrycznych, np. anteny nadawczej i anteny odbiornika. Ale skoro dwa obwody pozostają w rezonansie, to znaczy to, że istnieje coś, co pomiędzy nimi pośredniczy i przekazuje zachowanie jednej do drugiej. Tym czymś jest pole, tu: elektromagnetyczne. Sheldrake postulował istnienie takiego pola dla obiektów pozostających w „jego” rezonansie morficznym. Gdy idzie pewien proces (np. krystalizacja pewnego związku chemicznego, albo fałdowanie się cząsteczki białka – można tu odwoływać się do zachowań bardziej złożonych bytów, np. szczurów lub ludzi, ale wcale nie trzeba…) – to wybrana zostaje jego droga: taka, która wcześniej „chodzona” była najczęściej. Aktualny proces przebiega tak a nie inaczej w wyniku tego, że pozostaje w rezonansie (r. morficznym) z wszystkimi podobnymi procesami które były zaszły wcześniej. Ale nie sprzęga się z każdym z osobna, tylko kontaktuje się z tym właśnie bytem pośredniczącym, którym jest pole morficzne odpowiedniego procesu. Zauważmy, że to pole morficzne sprzęga nie tyle dwa obiekty rozdzielone w przestrzeni (jak było w przypadku elektromagnetycznych anten), co dwa procesy rozdzielone w czasie. Jest to bardziej „pole czasowe” niż „pole przestrzenne”.

Zdaje się, że Sheldrake nie zaproponował dobrych doświadczalnych testów, które by uczyniły jego hipotezę falsyfikowalną – chociaż usiłował takie obmyślić. Wprowadzanie dodatkowego pola i prawa do fizyki było zbyt wielką rewolucją, żeby, jak powiedziałem wyżej, mainstream nauki to przyjął. Po drugie, Sheldrake nie wyprowadził swojego prawa z istniejących praw fizyki, nie umiał zastosować do nich redukcjonizmu. To wszystko spowodowało wspomniane wyrotowanie jego hipotezy.

Wracając do porównania memetyki Dawkinsa-Brodie’ego-Balckmore (chyba głównych jej autorów oto wymieniłem) z morfiką Sheldrake’a. Memetyka JEST redukcjonistyczna, morfika nie jest. To jest główna różnica. To też sprawiło, że memetyka mieści się w ramach nauki (chociaż bywa krytykowana, że jest zbędna) – a morfika została przez naukę serdecznie odrzucona. Memetyka buduje swój poznawczy „gmach” nie zmieniając niczego ani w wiedzy o budowie i działaniu mózgu, ani w genetyce, ani w systemologii – o biochemii, chemii i fizyce nawet nie wspominając. Morfika przeciwnie, interferuje wszędzie: chce przebudować całą naukę dołączając do niej nieistniejący wcześniej a fundamentalny „człon”.

Memetyka jest „lekkostrawna” dla nauki, ponieważ nie ma pretensji do budowy materii – nie określa, jak materia powinna być zbudowana i czy jej, z jej punktu widzenia, poprawny jest ten obraz materii, jaki mają fizycy. Memetyka mieści się też w obrębie paradygmatu cybernetyki: mianowicie abstrahuje od materiału. Podtrzymuje podstawowe założenie cybernetyki, powiadające, że wszystko jedno z czego będą zbudowane „maszyny” – ważne tylko, według jakich procedur działają. To założenie, któremu sprzeciwiał się Roger Penrose, uparcie tropiąc je i jego ewentualne alternatywy w kilku swoich kolejnych książkach, aż zamilkł, najwyraźniej nie znalazłszy rozwiązań. Gdyż Penrose szedł za przeciwną intuicją: że umysł musi mieć gwarancje istnienia już na poziomie elektronów i kwantów. Co wydaje się słusznym podejściem, bo przecież taka najbanalniejsza rzecz, kawałek ciała stałego, sztywna bryła, istnieje tylko za sprawą mechaniki kwantowej – gdy zapomnimy o kwantach, kawałek kija lub kamienia stanie się cudem i kaprysem natury. A przecież to, że istnieją kije i kamienie, historycznie jest podstawą rachunków i pojęcia liczby, a stąd dalej do logiki dwu- lub inaczej-wartościowej, do algorytmów i do twierdzenia Goedla. Miałby być kawałek kija zakorzeniony w kwantach, a umysł nie?

Można się domyślać, że Sheldrake’owski rezonans naśladowczy powinien wynikać z mechaniki kwantowej. Penrose próbował szukać w tym kierunku…

Wydaje się też, że Sheldrake swoją koncepcję rozwinął zbyt szeroko, tak że oznak rezonansu morficznego dopatrywał się gdziekolwiek i bez ograniczeń. Można się domyślać czegos przeciwnego: że jego rezonans ma mocne ograniczenia, pojawia się tylko w pewnych szczególnych wypadkach i warunkach i nie dotyczy wszystkiej materii, tylko jej szczególnych obiektów, całkiem tak, jak sztywne bryły nie maja prawa istnieć na gwiazdach. (Bo za gorąco.) Prywatnie podejrzewam, że rezonans Sheldrake’owski ma coś wspólnego z rezonansem banalniejszym, tym elektromagnetycznym i że podejrzane o jego podtrzymywanie są w pierwszym rzędzie struktury (bio)chemiczne budujące długie drogi dla elektronów, czyli polimery z podwójnymi wiązaniami, co by znaczyło, że nie przypadkiem DNA i RNA mają taką budowę. Ale to już moje fantazje. Tylko problem, czy w naszej wiedzy o świecie faktycznie są luki, których istniejąca wiedza bez Sheldrake’a nie wytłumaczy, a z Sheldrake’iem, tak?

Jeszcze jedno różni morfikę Sheldrake’a od memetyki Dawkinsa-Brodie’ego-Blackmore: morfika dodaje światu materii dodatkowy, nieznany bez niej, wymiar, dodatkowe bytowe piętro – jest nim właśnie pole morficzne. Memetyka niczego takiego nie dodaje. To morficzne piętro jest nadzieja tych, którzy nie mogą się pogodzić z tym, Że ich nie ma. Gdyż z memetyki wynika właśnie, że „nas” nie ma – „ja” jest złudzeniem, świadomość epifenomenem, a każdy a nas jest zabawką (czyli maszyną-automatem-algorytmem) i to zabawką niestety popsutą, bo mechanizmy tego algorytmu są bezustannie szarpane stochastycznym szumem ruchów Browna, przez co popełniają wciąż błędy, od których wolne są komputery. „Oddałbym stajnię i strawę sutą, żeby zabawką być niepopsutą…” – jak śpiewał koń pułkownika w pewnej bajce Claude’a Aveline’a w przekładzie Ludwika Jerzego Kerna, wydanej w 1957 roku; to była jedna z pierwszych książek jakie czytałem. Pole morficzne przeciwnie budzi nadzieję, że właśnie ono jest medium dla umysłu… świadomości… duszy… a może również przy okazji dla duchów, zjawisk naprzyrodzonych, bóstw i może nawet dla nieśmiertelności. A przynajmniej że jest tym czymś, co czyni nas i nasz świat nie tak obrzydliwie mechanicznym i arymanicznym. Mam wrażenie, że tu idzie główny spór wiedzy o świecie naszych czasów i główne pęknięcie. Po jednej stronie jest Dawkins, memetyka, redukcjonizm, kognitywistyka, cybernetyka, manicheizm, nuda i rozpacz. Po drugiej stronie jest morfika i wszelkie koncepcje kwantowego umysłu, Sheldrake (chociaż ogólnie się myli), Penrose (chociaż nie znalazł rozwiązań) i szamani.

Wojciech Jóźwiak

26 czerwca 2009

Wojna geńsko-memska pod zielonym sztandarem

Kiedy młoda kobieta podejmuje decyzję, czy urodzić dziecko – lub kolejne dziecko – czy zamiast tego przeznaczyć swój czas i energię, a ogólniej: swoje zasoby, na wykształcenie, pracę lub rozrywkę, w istocie w tym momencie rozgrywa się pojedynek genów z memami. W interesie zarówno genów jak i memów jest, aby były propagowane. Kobieta rodząc dziecko propaguje swoje geny i im, genom, oddaje swoje zasoby (zwykle także zasoby związanego z nią mężczyzny), za to powstrzymując się od urodzenia i wychowania dziecka, swoje zasoby oddaje memom – staje w gotowości, cała oddana memom. Jak pisze Susan Blackmore, w tej rozgrywce memy wobec genów występują jak pasożyty wobec żywiciela. Gdyby umiały być konsekwentne i poszły na całość, to taka linia postępowania byłaby zabójcza dla genów i za jednym zamachem, także dla memów: nasz gatunek by wymarł z powodu braku potomstwa, więc wymarłyby nasze geny, ale przy okazji również memy, dla których jak dotąd Homo sapiens jest jedyną na planecie Ziemia materialną ostoją. W większym zbliżeniu, ta wojna memsko-geńska rozgrywa się w przeważającym stopniu pomiędzy samymi memami (tak przynajmniej widzi to Blackmore), mianowicie pomiędzy tymi memami, które propagują się pionowo, a tymi, które czynią to poziomo. „Pionowe” memy to te, które są przekazywane w drodze rodzinnej tradycji, których dzieci uczą się przez naśladowanie rodziców i które rodzice przekazują bezpośrednio dzieciom. Te memy są wolnozmienne, gdyż aby się rozpropagować, muszą bez zmian przetrwać w jednym nosicielu (w jego umyśle) przez przynajmniej jedno pokolenie. Ponieważ ich przekaz jest sprzężony z przekazem genów – z biologicznym rozrodem – więc na tle wszystkich memów jest w największym stopniu wyrazem „woli i interesu” genów; te memy są więc tym, co rozpoznała socjobiologia wraz z psychologią ewolucyjną.
Gwoli konkretu: należą tu (prócz innych) te memy, które podtrzymują tradycyjne obyczaje i wartości dotyczące rodziny: że rodzina ma być liczna, wobec czego kobieta powinna czuć się szczęśliwą i spełnioną mając wiele dzieci, że rodzina ma być solidarna, dzielić się zasobami i kultywować nepotyzm (kumoterstwo, jak kto woli), że żona ma być bezwzględnie wierna mężowi, że ma dochowywać dziewictwa do małżeństwa, że kobiety mają być posłuszne mężczyznom, że nie powinny udzielać się w życiu publicznym poza rodziną – i kilka innych dyrektyw, które mają to do siebie, że logicznie wynikają z interesu genów i ów interes genów wspierają. (Do tych memów należy też język: ten ojczysty, Muttersprache. Zwykle także religia.)
Memy prócz tego, że pionowo, są propagowane też poziomo: czyli pomiędzy ludźmi niespokrewnionymi i niezależnie od rodzinnych więzów. Zwykle są to inne memy niż te „poziome”. W rozwiniętych społeczeństwach memy propagowane poziomo bezwzględnie przeważają – co widzimy po tym, że znacznie większej liczby rzeczy nauczyliśmy się od osób niespokrewnionych niż od własnych rodziców lub dziadków. W istocie to właśnie „rozwiniętość” społeczeństwa można mierzyć skalą przewagi memów poziomych nad pionowymi.
Blackmore tłumaczy, czego tu nie będę streszczał, jak owa przewaga poziomych memów przekłada się na spadek kobiecych decyzji o urodzeniu dziecka, a w konsekwencji na zmniejszanie się ludności społeczeństw poziomomemowych.
W tym miejscu procesu wchodzą geny (czyli ich interes) niesione wehikułem memów pionowych, jako ich sług i narzędzi.
Scenariusz opisany przez Blackmore dzieje się w krajach Zachodniej Europy: tamtejsze populacje zmniejszają się, ponieważ młode kobiety wybierają służbę memom rezygnując ze służby genom. W powstała próżnię, a raczej społeczne podciśnienie, wnikają imigranci z Afryki i Azji, którzy mają to, czego nie mają Biali rdzenni Europejczycy: przewagę sprzyjających rozrodowi memów pionowych. Z niedokładnych (bo zniekształcanych przez ideologię politpoprawności) statystyk wynika, że w wielu krajach Zachodu poza-europejscy imigranci w dużym stopniu przechwycili przyrost naturalny, czyli mówiąc prosto, większość dzieci rodzi się afrykańska lub azjatycka. Na czele przyrostu ludności stoi islam, ponieważ posiada komplet memów zmuszających młode kobiety do rodzenia dzieci zamiast robić co innego.
Co dalej z tego wyniknie? Może działać kilka procesów. Imigranci będą przechodzić na poziome krążenie memów, co jeśli rację ma Susan Blackmore, skutecznie obniży ich dzietność. W tym sensie przeobrażą się w typowych źle rozmnażających się Europejczyków. (To będzie test na prawdziwość pomysłu Blackmore – być może już teraz dałoby się to sprawdzić!) Niezależnie od tego, istnieć będą rezerwuary ludności pozostającej wciąż na etapie przed-poziomo-memowym, czyli jakichś prymitywnych rolniczych społeczeństw, która nadal napływać będzie do Europy, podtrzymując tamten proces. Może też być tak, że imigranci, zarówno obecni jak i przyszli, pozostaną w Europie niezintegrowani, więc niewłączeni w memo-wymianę poziomą, zatem pozostaną „pionowcami”, dostarczającymi nowej populacji, ale zapewne jednocześnie materialnie utrzymywani przez sprawną, produktywną i biegłą w używaniu rozwiniętych memów Białą i wciąż topniejącą mniejszość. Czy ta mniejszość chętnie odda im swoje zasoby? Byłby to niestabilny układ panów i niewolników, gdzie – paradoksalnie – niewolnicy byliby „poziomi”, więc wyedukowani i cywilizacyjnie rozwinięci, a panowie „pionowi” i prymitywni. Inny wariant, to bunt młodych kobiet, jaki zagrozić może muzułmanom w konfrontacji z Zachodem.
Tak czy inaczej, wynika z tego, że pewna cywilizacja by przetrwać, musi umieć propagować swoje memy skuteczniej niż inne: bo kiedy brakuje siły genów (rozrodczości) pozostaje kulturowa konwersja. A w ogóle to wszystko i tak „w rękach” (pozostańmy przy tym pruderyjnym określeniu…) młodych kobiet.
WJ

Niech mem się propaguje

We wpisie z 27 grudnia ub. roku dramatycznie wołałem: „Wiadomo dlaczego ewoluują gatunki, ale co z kulturą?” Byłem wtedy świeżo po lekturze książki „Homo przypadkiem Sapiens” Konrada Fiałkowskiego i Tadeusza Bielickiego, gdzie wyłożono, jak i dlaczego wyewoluował człowiek ze swoim wielkim i sprawnym mózgiem: stało się tak, ponieważ pra-Homo ewoluował jako drapieżnik pozyskujący mięso przez doprowadzenie zwierzyny do śmierci z przegrzania, czyli prosto mówiąc przez zagonienie na śmierć. Ale żeby samemu przy tym zajęciu nie wymrzeć, „sporządził” sobie ewolucyjnie mózg odporny na przegrzanie, a to dzięki temu, że wszystkie obwody i połączenia neuronów zostały zwielokrotnione. Tak przebudowany mózg okazał się, przypadkiem, być dobrym narzędziem dla języka i kultury.
Ewolucja biologiczna tłumaczy się prosto: pewne geny szybciej rozmnażają swoich nosicieli niż inne. Ale jaki mechanizm leży u podstaw ewolucji kultur? Bo jasne jest, że tu same geny nie wystarczą. Tymczasem hasło tłumaczące ten napęd znałem już: brzmi ono: mem. Teraz wpadła mi dopiero w ręce, spóźniona, bo po 10 latach od wydania oryginału i po 7 latach od polskiego przekładu, książka Susan Blackmore (zob. też tu) „Maszyna memowa”.
Memy replikują się, są one drugim – dodatkowym po genach – istniejącym na Ziemi replikatorem. Memy konkurują o zasoby, w tym, bardzo bezpośrednio, o zasoby naszych mózgów: o naszą pamięć i motywację. Memy motywują ludzi do działania. Memy rozpowszechniają się przez naśladowanie, a człowiek okazuje się być przede wszystkim zwierzęciem naśladującym – to jest to, co go odróżnia od całej reszty.
Jeśli gdzieś bardzo zgodzę się z rozpoznaniami Susan Blackmore lub przeciwnie, zaprotestuję, podzielę się tym tu. (Niech mem się propaguje.)
Wojciech Jóźwiak

Potop zapowiedzią granic Unii Europejskiej

Dawno zauważyłem, że, przynajmniej na mapie Europy, pewne linie graniczne lubią się powtarzać i odnawiać, często po stuleciach lub tysiącleciach. Tak jakby w geograficznej przestrzeni istniały, w uśpieniu, ich archetypy, czekając, aż w stare naczynie wleje się nowa treść.
Na przykład zachodnia granica komunizmu, która uformowała się około 1947 r. i trwała do 1989, pokrywała się z grubsza z Limes Sorabicus czyli linią umocnień, które Frankowie w czasach Karola Wielkiego zbudowali na swojej wschodniej granicy zabezpieczając się przed Słowianami.
Drugi przykład. Przed rozszerzeniem Unii Eu. na wschód czyli przed 2004 rokiem, ale po zjednoczeniu Niemiec, wschodnia granica Unii Eu. szła tak, że narody – narody, nie terytoria! – które miały tradycję przynależności do Państwa Rzymskiego, czyli te, których językowo-kulturowi przodkowie należeli do Rzymu, teraz należały do UE, a późniejsi „barbarzyńscy” przybysze nie należeli. Z wyjątkami: należały do UE postbarbarzyńskie czyli nie-rzymskie Skandynawia i Irlandia, nie należała post-rzymska Rumunia. Ale poza tym wszystko się zgadzało. Niemcy, których miasto Trier było jedną z 4 współstolic Cesarstwa za Konstantyna, Austria (Noricum), Grecja – należały do UE, ale post-barbarzyńskie Polska, Czechy, Słowenia, Bułgaria, Albania – nie.
Znalazłem historyczna prefigurację obecnej wschodniej granicy „schengeńskiej”: za zachód od której są Estonia, Łotwa, Litwa i Polska, na wschód Rosja, Białoruś, Ukraina. (Jest jeszcze enklawa Królewca – nazwa K…grad, sorry, nie przechodzi mi przez klawiaturę.) Tu mapa:
potop
(Cała i oryginalna mapka TU: commons.wikimedia.org/wiki/File:Rzeczpospolita_Potop.png)
Co to jest? POTOP, rok 1656. To co wtedy zajęli Szwedzi, teraz należy do UE i do Strefy Schengen, a to co na wschodzie okupowała Moskwa plus Kozacy, jest poza Schengen.
Oczywiście z małymi odstępstwami: Wilno, Lublin, Zamość by(wa)ły pod Moskalami, są w Schengen. Prusy Królewieckie odwrotnie: teraz pod Moskalem, wtedy w Schengen, tfu, pod Szwedem.
Także rzuca się w oczy, jak dokładnie na polskim odcinku ta Potop Line przypomina Curzon Line oraz Ribentrop-Mołotow-Line.

Wojciech Jóźwiak

Czarownice, zatrute źródło

Jeszcze jedna interpretacja filmu „Antychryst” Larsa von Triera: czarownice, „kult” czarownic i prześladowania czarownic – Trier przedstawia jako ZATRUTE ŹRÓDŁO!
Bo co tam się dzieje: kobieta (grana przez Charlotte Gainsbourg), zapewne mając już zaczątki schizofrenii, studiuje historię prześladowań czarownic – i od tego popada w pełny obłęd. (Będący treścią filmu.) Co można odczytać, że oto Autor „chciał przez to powiedzieć”, że prześladowania czarownic pozostają niezagojoną rana na zbiorowym „duchu” Zachodu.
(Zastanawiałem się, jakie słowo położyć w tym miejscu. Czy faktycznie „Zachodu”? Anty-czarownicza furia była udziałem głównie krajów germańskojęzycznych, przede wszystkim Niemiec, chyba w Anglii słabsza? Więc, powiedzmy, rana ta dotknęła „krajów germańskich kontynentalnych”. Tak czy inaczej, tej zbiorowości, która dla Triera jest ojczysta. Dla mnie i DLA NAS – nie jest!)
„Złe”, które w filmie się objawia, ma tam dwa korzenie: jeden to przyroda, las, który Trier pokazuje jako byt demoniczny. Drugi korzeń, to HISTORIA, czyli owo gynocide (ang. „masowe kobietobójstwo”), ludobójstwo na czarownicach, a właściwie na własnych kobietach, popełnione paręset lat temu przez tych poczciwych Niemców i Skanadynawów. Nie przypadkowo film był kręcony w Nadrenii, miejscu największego (chyba) natężenia tamtego obłędu. (W pobliżu też Trewiru, czyli Trier, od którego duński autor obrał sobie pseudonim.)
Trier więc mówiłby (filmem): obecna fascynacja „odrodzonym pogaństwem czarownic” sięga do zatrutego źródła… Jeśli wejdziecie w to, to strzeżcie się spotkać tego, co tam się kryje…
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że to jest moja interpretacja. Ale mam niezmieniające się poczucie, że właśnie „sprawa czarownic” jest tym wątkiem, do którego współcześni duchowi praktycy NIE powinni się odwoływać. Na moich warsztatach zdarzało się, że kiedy paliliśmy wielki ogień, komuś się to kojarzyło ze stosem na czarownice. Natychmiast stanowczo ucinałem dowcipy na ten temat i nakazywałem mówiącemu, żeby zamknął swój ciąg myślowy. Odcinałem to. To jest, mówiąc po new-age’owemu, zła energia. Z tego źródła nowy szamanizm nie powinien brać. Dlaczego? Ponieważ, jak jestem przekonany, żadnej „przedchrześcijańskiej religii czarownic” nie było. Ich rzekome wierzenia zostały wymuszone przez kościelnych prześladowców torturami. Pochodzą z podręczników takich jak „Młot na czarownice” – są projekcjami chorych samców w habitach. To nie jest „czysty strumień” idący z praczasów – przeciwnie, to są chrześcijańskie odpadki. Tak samo satanizm. (To tyle na razie.)

Wojciech Jóźwiak